POLITYKA

Wtorek, 25 lipca 2017

Polityka - nr 6 (2691) z dnia 2009-02-07; s. 27-29

Kraj

Agnieszka Sowa

Oddam w czyste ręce

Zmagające się z pustą kasą samorządy próbują sprzedać, co tylko mają: zamki, pałace, wyspy, a nawet całe wsie. Zwykle do transakcji nie dochodzi, zabytki popadają w ruinę. Może zmieni to nowa ustawa o partnerstwie publiczno-prywatnym?

Z lektury ogłoszeń i komunikatów można odnieść wrażenie, że w Polsce trwa nieustanna wyprzedaż gminnych majątków, że przetarg goni przetarg. Jednak zamki, pałace, warownie, idealne – wydawałoby się – siedziby hoteli, restauracji, ośrodków konferencyjnych, rzadko dziś zmieniają właścicieli. Przetargi zwykle pozostają nierozstrzygnięte, a do gminnych budżetów nie trafia nawet złotówka. Za to utrzymanie i remonty samorządowych nieruchomości przekraczają finansowe możliwości gmin.

Jedynym wyjściem wydaje się współdziałanie samorządowego właściciela z prywatnym inwestorem, rodzaj joint venture publicznego i prywatnego kapitału. Uchwalona niedawno nowa ustawa o partnerstwie publiczno-prywatnym da być może szansę wyjścia z zaklętego kręgu. Bo na podstawie poprzedniej, z 2005 r., żadne partnerstwo po prostu się nie udawało.

Prywatne się wali

Współdziałanie w tej dziedzinie jest tym bardziej konieczne, że prosta sprzedaż zabytków w prywatne ręce bardzo często okazywała się zgubna. W latach 90. zabytki cieszyły się dużym wzięciem, ale znaczna ich część, tak jak i te niesprzedane, dziś po prostu niszczeje.

Średniowieczny zamek krzyżacki w Giżycku, położony na malowniczej wyspie, niemal w centrum miasta, połączony z lądem zabytkowym mostem, dosłownie się zawalił. Rok temu runęła jedna ściana, od dachu aż po fundamenty. Starosta giżycki Wacław Strażewicz mówił nawet o czasowym zajęciu nieruchomości na wniosek konserwatora zabytków lub wręcz o wywłaszczeniu. Groźby były niewykonalne: wojewódzki konserwator zabytków Barbara Zalewska od razu przyznała, że jej urząd nie przejmie zabytku, ponieważ nie ma pieniędzy na jego ratowanie. Sprawą zajęła się prokuratura w Piszu. Ustalenie, kto jest odpowiedzialny za doprowadzenie zabytku do ruiny, zapewne nie będzie możliwe, bo zamek był sprzedawany kilka razy. Obecni właściciele – od półtora roku – ogrodzili teren i naprawili zawaloną ścianę.

– Z dokumentów widać, że mają projekt przebudowy zamku na hotel – mówi burmistrz Giżycka Jolanta Piotrowska. Podobno szukają inwestora. Nie jest wykluczone, spekulują w urzędzie miasta, że zamek znów przejdzie w inne ręce.

Zamek w Reszlu, własność Skarbu Państwa, wydzierżawiony przez Stowarzyszenie Kulturalne Zamek spółce, która prowadzi tam restaurację i hotel, jest ozdobą miasteczka. Ale tuż przy wjeździe na reszelski rynek straszy ruina – stara plebania, wpisana do rejestru zabytków, sprzedana przez pierwszy samorząd w 1990 r. – Ani inspektorzy nadzoru, ani konserwator, ani nawet prokuratura nie mogą sobie z tym poradzić – ubolewa zastępca burmistrza Reszla Janusz Kotoń. – Nie sposób właścicieli zmusić do renowacji zabytku.

Zespół pałacowo-parkowy w Sztynorcie kupił w 1995 r. austriacki biznesmen. Sprawa była głośna, bo w zabytkowych ruinach mieszkało 38 rodzin. Komunalni lokatorzy nie poszli na bruk, gmina musiała wybudować dla nich mieszkania, przeznaczając na ten cel sporą część dochodu z transakcji z Austriakiem. Zachodni biznesmen miał ambitne plany: pięciogwiazdkowy hotel, pole golfowe, hipodrom. Po dwóch latach zrezygnował i odsprzedał pałac Lehndorfów. Dziś właścicielem jest spółka Pałac w Sztynorcie, która przejęła zobowiązania Tiga Yacht&Marina z pierwszego kontraktu.

Marina w Sztynorcie na pół tysiąca jachtów, znana wszystkim żeglarzom, kwitnie i zapewne przynosi właścicielom niemałe dochody. Działa tu największa w Polsce wypożyczalnia jachtów. Na miejscu jest pensjonat i gospoda z winiarnią, urządzona w budynku o mniejszej wartości zabytkowej, leżącym trochę z boku pałacowego kompleksu. Natomiast sam pałac jest zdewastowany, a park niszczeje. – Konserwator wojewódzki wezwał właścicieli do wykonania między innymi naprawy dachu, okien i elewacji – mówi zastępca burmistrza Węgorzewa Andrzej Lachowicz. Przyznaje, że sprzedaż Sztynortu była decyzją pochopną.

– W pionierskich latach samorządów było trochę inne podejście do inwestorów – tłumaczy zastępca burmistrza. – Zachodni kontrahent wydawał się szczytem marzeń. W dodatku nie było zabezpieczeń prawnych, tak by gmina mogła wyegzekwować od nabywcy renowację obiektu.

To zresztą nadal nie jest proste. W Polsce nieruchomości objęte nadzorem konserwatorskim sprzedaje się z 50-proc. bonifikatą w stosunku do wyceny biegłych, a nowy właściciel ma w zamian za to zachować zabytkowy charakter budynku. – Jeżeli tego nie zrobi, traci ulgę – wyjaśnia Andrzej Lachowicz. – Za brak renowacji i zabezpieczenia samorząd może podać nabywcę do sądu. To trudna i kosztowna droga, a wynik niepewny.

Partnerstwo prototypowe

Zdarzały się, oczywiście, w przeszłości również udane transakcje. Zamek w Rynie miasto sprzedało w połowie lat 90.

– To było takie partnerstwo publiczno-prywatne inaczej – śmieje się dziś burmistrz Ryna Józef Karpiński, gdzie w&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]