POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 10 (3101) z dnia 2017-03-08; s. 30-31

Społeczeństwo

Marcin Kołodziejczyk

Ofiary normalnego incydentu

Styczniowy wypadek samochodowy Antoniego Macierewicza pod Toruniem można już otwarcie nazywać wypadkiem – wcześniej obowiązywało jedynie słowo kolizja.

Pierwsza miesięcznica tego wypadku minęła 26 lutego, a dzień później poznańska prokuratura ogłosiła rozpoczęcie śledztwa w tej sprawie – stąd zmiana nazewnictwa. Wcześniej poszkodowani ludzie ze zdziwieniem dowiedzieli się, że uczestniczyli w kolizji, czyli zderzeniu, w którym nikt nie ucierpiał i które nie podlega śledztwu.

– Nigdy w życiu nie miałem wypadku – mówi jeden z poszkodowanych – a tu okazuje się, że siedząc w moim doszczętnie rozbitym samochodzie, uczestniczyłem zaledwie w kolizji. Sprawdziłem w internecie znaczenie słowa kolizja.

Dochodzili wciąż do siebie po wypadku, w którym w jednej chwili osiem samochodów z ludźmi w środku zamieniło się we wraki – wspominają poszkodowani – tymczasem w mediach prokurator major Wojciech Skrzypek z działu wojskowego zajmującej się sprawą prokuratury Poznań Grunwald twierdził, że dopóki nie pojawią się nowe okoliczności, nie ma mowy o śledztwie.

Dwa tygodnie po lubickim wypadku z udziałem ministra Antoniego Macierewicza zdarzył się oświęcimski wypadek premier Beaty Szydło i ten wcześniejszy wypadek poszedł w mediach w zapomnienie – poszkodowani rozmawiali nawet między sobą, że trzeba by zebrać się w grupę i przypomnieć o sobie w Warszawie, ale nic z tego nie wyszło. – Niektórzy się bali i woleli do tego nie wracać – opowiada jeden z uczestników wypadku. – Mówili, że takie szaraczki jak my i tak nic nie wskórają. Inni – zwłaszcza kobiety – do tej pory nie są w stanie mówić o wypadku bez płaczu.

– Nie mogę pogodzić się z myślą, że ktoś przez swoją głupotę i brawurę zrobił im coś takiego – opowiada kolejny kierowca. – To cud, że nikt nie zginął. Minął miesiąc, a we mnie żal do sprawcy się powiększa.

Wciąż wraca wspomnienie z wieczoru 25 stycznia: na drodze pobojowisko, ktoś stoi bez ruchu i przygląda się temu, co zostało z samochodu, ktoś kręci film telefonem, a między rozbitymi samochodami biegają milczący mężczyźni w garniturach – ochrona ministra. Z wraku luksusowego bmw wyprowadzają swojego szefa. Ni stąd, ni zowąd podjeżdża czarna skoda, Antoni Macierewicz szybko znika na tylnym siedzeniu, skoda rusza pędem w kierunku Warszawy. – Całe szczęście, że policja przyjechała szybko, bo wystarczyła iskra, żeby doszło do rękoczynów – mówi poszkodowany kierowca. – Ludzie byli wściekli. Karetka pogotowia zabrała trzy osoby do szpitala. Pozostali czekali na drodze około 7 godzin, zanim pozwolono nam jechać do domu.

Gorąco musiało być także w służbach. Adrian Aleksandrowicz, reporter toruńskiego portalu ddtorun.pl, opowiada, jak starał się na gorąco ustalić, co się właściwie stało w Lubiczu. Początkowo nikt nie chciał potwierdzić wersji z wypadkiem. – Około 18.00 zadzwoniłem do BOR, powiedzieli, żeby dzwonić jutro – mówi. – To samo policja. W końcu wypadek Macierewicza potwierdził nam lokalny radny PiS. Kiedy ukazał się artykuł, skomentowała go w internecie jedna z uczestniczek wypadku – przysłała zdjęcia. Nie chciała podać nazwiska, rozmawialiśmy przez komunikator.

Kobieta opowiedziała, że stali z mężem i dziećmi (4 i 6 lat) na światłach w Lubiczu. Nagle mąż spojrzał w lusterko i zdążył tylko powiedzieć, żeby się trzymali. Potem nastąpił huk. Dzieci płakały przerażone.

Niespełna 2 godz. później Joachim Brudziński z PiS informuje na Twitterze: „Pan Minister Macierewicz dojechał cały i zdrowy na galę Tygodnika”. Akurat tego wieczoru na gali w warszawskiej Filharmonii Narodowej pismo „wSieci” przyznawało nagrodę „Człowieka Wolności” prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu – Antoni Macierewicz zdążył.

W tym samym czasie na drodze 10 w Lubiczu Dolnym, wśród porozbijanych aut, poszkodowanych, gapiów i korka, jaki utworzył się natychmiast na ruchliwej drodze, trwało przejmowanie sprawy wypadku przez kolejne służby. Policjant, który na miejsce przyjechał jako pierwszy – mówią świadkowie z Lubicza – wyglądał na przerażonego. Szybko zorientował się, że dwa rozbite bmw eskortowały ministra obrony narodowej, i pokrzykiwał na ludzi: „Won stąd!, wypad stąd!”.

Policja sprawdziła na miejscu wypadku, czy poszkodowani są trzeźwi. Biorącego udział w wypadku i zachwalanego już wcześniej przez Antoniego Macierewicza pana Kazimierza policja nie mogła wylegitymować, ponieważ go tam nie było. Czarna skoda pędziła już wtedy do Warszawy na uhonorowanie Kaczyńskiego nagrodą – pędziła gorszą trasą na Płock, pełną obszarów zabudowanych, a nie autostradą na Łódź. Od początku zresztą kolumna nie kierowała się na autostradę, wypadek miała już po minięciu zjazdu na autostradę – jak przypuszczają mieszkańcy Lubicza Dolnego – chodzić mogło o to, że autostrada wpada do ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]