POLITYKA

Piątek, 23 czerwca 2017

Polityka - nr 6 (3097) z dnia 2017-02-08; s. 34-35

Społeczeństwo

Violetta Krasnowska

Ogniem i mieczem

O tym, jak w Bogatyni PiS zamiata śmieci.

Nieprawidłowości trzeba wypalać gorącym żelazem – usłyszał od prezesa PiS Zbigniew Szatkowski, emerytowany samorządowiec z Bogatyni, i wziął to sobie do serca. – Nawet najlepszy lider nie jest w stanie orientować się we wszystkim, co się dzieje w terenie – opowiada Zbigniew Szatkowski, przez lata radny, przez dwie kadencje zastępca burmistrza Bogatyni. Usłyszawszy, jak prezes PiS nawołuje do ujawniania biznesowych nadużyć, wysłał do niego list.

Napisał: „Jednym z najbardziej rażących przykładów jest działalność prezesa jednej z największych firm energetycznych – PGE Górnictwo Konwencjonalne i Energetyka S.A. Pana Sławomira Zawady”. Zarządza elektrowniami Bełchatów, Turów, Opole, Zespołem Elektrowni Dolna Odra, Zespołem Elektrociepłowni Bydgoszcz, elektrociepłowniami Gorzów, Rzeszów, Lublin Wrotków, Kielce i Zgierz. I dwiema kopalniami węgla brunatnego: Bełchatów i Turów – które dają 77 proc. krajowego wydobycia węgla brutalnego. W sumie na PGE GKiE przypada 40 proc. krajowej produkcji energii elektrycznej. Poza centralą w Bełchatowie ma 12 oddziałów znajdujących się na terenie dziewięciu województw. Zatrudnia łącznie ponad 16 tys. pracowników.

38-letni Sławomir Zawada jest szefem powiatowych struktur PiS w Zgorzelcu. Z energetyką ma tyle wspólnego, że – zaraz po studiach politechnicznych na kierunku elektrotechnika – przez pięć lat był w Elektrowni Turów operatorem nastawni blokowej. W 2004 r. wstąpił do PiS i zaczął się piąć w strukturach. Był asystentem społecznym posłanki Marzeny Machałek i współpracownikiem Adama Lipińskiego. W 2007 r., w czasie rządów koalicji samorządowej PO-PiS, został prezesem Centrum Sportowo-Rekreacyjnego w Zgorzelcu. W 2009 r. kandydował z listy PiS do europarlamentu, ale nie dostał się, a stracił też stanowisko w miejskim ośrodku sportu. O tym, że to polityczna retorsja, pisał w obronie jego miejsca pracy do samego premiera Donalda Tuska prof. Ryszard Legutko, jedynka z listy PiS do europarlamentu.

Nową pracę Sławomir Zawada znalazł niebawem u burmistrza Bogatyni Andrzeja Grzmielewicza z PiS. W grudniu 2010 r. otrzymał od niego stanowisko członka zarządu – dyrektora ds. ekonomiczno-komunalnych w Gminnym Przedsiębiorstwie Oczyszczania (GPO), z pensją ok. 23 tys. zł miesięcznie.

Pojawiają się i znikają

To właśnie na tym etapie z działalnością przyszłego człowieka numer jeden polskiej energetyki zetknął się radny Szatkowski, wówczas członek Komisji ds. Rozwoju Gospodarczego Gminy, Techniki, Rolnictwa i Ochrony Środowiska Rady Miejskiej Bogatynia. Wcześniej, gdy w 2006 r. kandydował na burmistrza, w drugiej turze wyborów przekazał swoje poparcie właśnie Grzmielewiczowi z PiS. Ale zapowiedział mu, że jak coś będzie nie tak, to nie popuści.

No i było nie tak. Na sesjach Szatkowski wciąż domagał się jakichś informacji. Zdobywał i przynosił protokoły NIK czy Regionalnej Izby Obrachunkowej. Ujawniał ekspertyzy – jak tę, że wybudowane po powodzi w Bogatyni mosty mają błędy konstrukcyjne i parametry odbiegające od wymaganych w dokumentacji, i zawiadamiał prokuraturę. – Było trudno, już wówczas paliły mi się chaszcze pod domem, miałem odkręcone śruby w samochodzie, zresztą w tym czasie płonęły też auta innych radnych oraz osób myślących inaczej niż burmistrz i jego arytmetyczna większość w radzie – twierdzi. Mówi, że tylko głupiec by się nie bał, lecz gdy żona prosiła, by odpuścił, odpowiadał, że ktoś musi to robić.

Spór z burmistrzem wszedł w najostrzejszą fazę właśnie z powodu Gminnego Przedsiębiorstwa Oczyszczania. Zaczęło się w 2013 r. od tirów przyjeżdżających z różnych stron kraju na bogatyńskie wysypiska. Odór był taki, że na teren weszła inspekcja sanitarna, która stwierdziła m.in., że przy jednej z pryzm stwierdzono zastoisko odcieków, a na placu, gdzie składowano odpady, nie było w ogóle systemu odprowadzania wód odciekowych. Spółka, która je tam składowała, zniknęła, zostały zwały 40 tys. ton odpadów niewiadomego pochodzenia. Śledztwo w tej sprawie ciągle trwa. Walcząc o uzyskanie informacji o śmieciach, Szatkowski, wraz innymi radnymi, musiał wynająć kancelarię prawną. Wystąpił do wojewody, do marszałka województwa, by zdobyć sprawozdania z gospodarki śmieciami w gminie. Okazało się, że według tych dokumentów, sporządzanych w GPO, które przekazywał dalej do władz burmistrz, mieszkańcy okolicznych gmin wytwarzać mieli przeszło 20 razy mniej śmieci niż inni mieszkańcy Polski – w każdym razie tylko tyle trafiało do utylizacji oficjalną drogą.

Sprawa zaczęła naprawdę śmierdzieć przy okazji planów wybudowania przez samą Bogatynię własnej instalacji do przeróbki śmieci – nagle okazało się, że jednak śmieci jest 20 razy więcej i że dotychczas prawie 6 tys. ton śmieci rocznie – wedle wszelkich danych – zrzucano nielegalnie na miejskie wysypisko w Bogatyni. Szatkowski właśnie&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Zobacz także

Ogniem i mieczem