POLITYKA

Piątek, 26 maja 2017

Polityka - nr 42 (2727) z dnia 2009-10-17; s. 124-129

Na własne oczy

Barbara Pietkiewicz

Ogrody w pępku

Jedzie człowiek przez Podkowę Leśną pod Warszawą, czyli przez Pępek Europy (u nich najwięcej ludzi na całą Polskę poszło do głosowania w czerwcowych eurowyborach, przez co wygrali to miano), i może z okna pociągu lub samochodu nie zauważyć, że przez miejsce niezwykłe jedzie, z duszą miejsce, naznaczone, kultowe.

Od pięciu lat jesienią, w ramach Europejskich Dni Dziedzictwa, Pępek otwiera 15 ogrodów obywatelskich i kilka pracowni artystycznych dla sąsiadów i znajomych. Pani Maria Wichrowska zaprasza na przykład Na Dechy. Urząd miasta dał na te dechy kasę, przyszli sąsiedzi, zbili je w wielki podest w ogrodzie i pomalowali na rudo. Sąsiadka Marii przez cały rok jeździła na kursy w Warszawie, żeby wybrać odpowiedni zespół taneczny, bo miała być kapela na żywo i grać miejskie szlagiery, jak się młódź zwykła bawić przed laty.

W zimie Maria i sąsiedzi chodzą od domu do domu jako kolędnicy, Maria przebrana za turonia. Najpierw domy strasznie się dziwiły, bo kolędują zwykle dzieci, ale teraz prawie się już na kolędowanie zapisują, pełno jest śmiechu i zbratania. Grupa kolędowa zachodzi w piątki do kawiarni Milimoi grać w scrable, ponieważ to miejsce nie jest byle kawiarnią, lecz miejscem bratania się właśnie.

Co do kawiarni – weźmy tę legendarną pani Wandy Sucheckiej. Była to właściwie czytelnia; można było wykupić w niej abonament i pożyczać książki. Pani Wanda zaczęła z czasem sprzedawać w niej ciasta i torty, najstarsi do dziś czują na języku ich smak. To w tej kawiarnioczytelni w okupację siadywał wieczorami Stanisław Lorentz (moje biuro – mówił), wypijał morze kawy i zaczynało się typowanie mieszkań i domów, w których można było ukryć wykradzione przed rabunkiem niemieckim skarby kultury. Wiele pereł uratowali.

Torty i ciastka piekła Janina Niemyska z willi Borowin, która dom ten kupiła z siostrą Wandą na parę lat przed wojną. „Wydał mi się niesłychanie uroczy, pokoje cieniste, staroświeckie, a ogród zaniedbany, piękniejszy niż kiedykolwiek” – pisała Maria Dąbrowska; pisała już po wojnie, bo przed wojną dom tonął w pielęgnowanej zieleni. Choć bowiem się przez Podkowę jechało w piachach, po drogach leśnych, to ogrody wyrafinowane były nadzwyczajnie. Dbały o to panie z domów podkowiańskich i ich służące, rzecz jasna.

W okupację zaorano trawniki, wyrwano kwiaty i krzewy, posadzono kartofle i warzywa, a na tyłach willi pomieszczono świniaki i kury. Małą Podkowę zalała rzeka warszawiaków, przed i po powstaniu szukających ratunku, bywało, że wypadało na dom i po stu, których właściciele karmili, jak mogli, nie odsyłając na śmierć i poniewierkę.

W przedwojennych zasadach obywatelskich w sprawie samorządzenia się w Podkowie był punkt, że Żydów wpuszczać się tu nie będzie jako mało estetycznych i w ogóle obcych. I to się zmieniło radykalnie. Pani Niemyska z rodziną na przykład, ta od tortów, ukrywała ich, załatwiała papiery, wyszukiwała kryjówki. Siostra jej, Wanda, wyszła za mąż za doktora Walca; ich syn to Jan, znany działacz KOR w stanie wojennym – dom znów stał się wtedy ośrodkiem konspiracji.

Willa Borowin niewiele się zmieniła. Żona nieżyjącego już Jana ma opory w przestawianiu mebli: jakby się zakłócało ciągłość rodzinną. Dom trzyma się, pozostał w rodzinie.

Dęby Radziwiłłów

A taki Krychów rozsypałby się pewnie do fundamentów, gdyby nowy właściciel przykładowo go nie odrestaurował.

Wybudował ten wielki dom Tadeusz Baniewicz, jeden z ojców założycieli Podkowy, i nazwał od imienia córki Krystyny. Podkowę wymyśliły trzy osoby – Stanisław Lilpop, wielki warszawski fabrykant, teść Jarosława Iwaszkiewicza, Janusz Regulski, herbu Rawicz, ekonomista, i właśnie Baniewicz, inżynier. Miało to być miasto-ogród według angielskiej koncepcji Howarda: mieszkać na wsi, pracować w mieście.

Już w roku odzyskania niepodległości, 1918, powstała jedna z pierwszych polskich spółek – Siła i Światło (gdzie dyrektorował Baniewicz właśnie). Wykupiła elektrownię w Pruszkowie i postanowiła zbudować kolejkę elektryczną, a wzdłuż niej osiedla, które miały z tej elektrowni pobierać prąd. Lilpop przeznaczył do sprzedaży na działki swe leśne dobra, w których namiętnie polował. Wytyczono ulice – które wzięły nazwy od bażantów, kukułek, sępów, jeżów, kretów, jak też kwiatów i drzew. Bukową w PRL zamieniono co prawda na Waryńskiego, a Słowikową na Dzierżyńskiego, bo mieszkał przy niej bliski krewny Feliksa (który natychmiast posłał wnuka do zrywania tablic z nową nazwą), ale i tak słowiki i buki je sprawiedliwie po komunie odzyskały.

I tak stworzyło się od zera miasto inteligentów – urzędników, artystów, prawników, bo działki nie były tu tanie. Co więcej – inteligentów rzutkich, z dobrymi genami. Gnuśny nie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Więcej zdjęć z reportażu na: www.polityka.pl/oczy