POLITYKA

Niedziela, 22 października 2017

Polityka - nr 29 (3119) z dnia 2017-07-19; s. 37-39

Społeczeństwo

Agata Listoś

Omotani w sieci

Rośnie liczba młodocianych ofiar internetu. Zmanipulowane, często gotowe są nawet targnąć się na życie.

Godz. 21:49. Wiadomość od Marty do Kasi. „Mam plan, wiem, że się uda. I będziesz wolna. Nie pozwolę cię dłużej krzywdzić. Już niedługo się spotkamy”. Nie spotkały się jednak tego zimowego dnia. Po raz pierwszy zobaczyły się na sali sądowej w Warszawie. Za namawianie do samobójstwa i namawianie do posiadania narkotyków Marta została skazana na pół roku pozbawienia wolności w zawieszeniu i nadzór kuratora.

W materiale dowodowym zachowała się treść ponad tysiąca esemesów wysłanych w ciągu miesiąca. Najwięcej jednak było rozmów na portalu społecznościowym, gdzie się poznały. Pisała zwykle Marta, 21-latka. Odpisywała 17-letnia Kasia. Rozmawiały o problemach. Kasia dowiedziała się od nowej wirtualnej znajomej o lekarstwach na kaszel – trzeba tylko popić alkoholem. Marta dopytywała, czy Kasia wzięła, ile i jak się czuje.

Kasia ponad 10 lat spędziła za granicą. Nie chciała wracać. Po powrocie nie chciała chodzić do szkoły. Wciąż mówiła po francusku. – Była bardzo cicha, spokojna, skryta, ale też zagubiona. Brakowało jej ojca, który niby był, ale tak naprawdę nigdy go nie było. Z zagranicy przyjechała z mamą, ale nie dopuszczała jej do siebie – opowiada kuzynka. – Mama widziała, że z córką dzieje się coś niepokojącego. Chciała załatwić psychologa, jakąś pomoc ze strony szkoły, ale Kasia nie chciała z nikim rozmawiać.

Pierwsza myśl o wspólnym samobójstwie pojawia się dość szybko. Marta ma plan, jak to zrobić. – Poza nią nie miałam nikogo bliskiego – zeznała później Kasia. – Mówiła, że daję jej siłę, że jestem jej bratnią duszą. Zanim ją poznałam, nie myślałam o samobójstwie, tylko byłam smutna.

O jedno kliknięcie

Młodzież często spotyka w sieci osoby, które chcą rozmawiać o myślach samobójczych i deklarują takie zamiary. Młodzi ufają anonimowym osobom z sieci tak, jak się ufa przyjaciołom, bo właśnie ich tam szukają. Z badań przeprowadzonych w 2014 r. przez akademię NASK, Rzecznika Praw Dziecka oraz Wyższą Szkołę Nauk Społecznych Pedagogium wynika, że ponad 86 proc. młodzieży korzysta z internetu codziennie, w tym ok. 43 proc. pozostaje online cały czas. Dwa lata później w podobnych badaniach 80 proc. osób zadeklarowało, że codziennie korzysta z portali społecznościowych. Niemal 95 proc. ma konto przynajmniej na jednym. Prawie jedna piąta przyznaje, że osoby poznane w sieci mają wpływ na ich stosunek do istotnych kwestii życiowych. „Osoby poznane wyłącznie w świecie wirtualnym mają coraz większy bezpośredni wpływ na młode osoby w kreowaniu stosunku do istotnych kwestii (18,5 proc.), a nawet determinują zmiany poglądów (7,9 proc.). Rodzi to pytanie, czy jest to zjawisko marginalne, czy też zwiastun trwałej zmiany” – piszą autorzy raportu z 2016 r.

Marta Witkowska z zajmującej się edukacją cyfrową NASK zwraca uwagę na dostępność w sieci informacji propagujących drastyczne diety i samookaleczenia. Ich źródła to: blogi pokazujące fascynację samookaleczeniami, pamiętniki z okresu hospitalizacji, tutoriale na YouTube, gdzie wystarczy wpisać odpowiednią frazę, a pojawią się metody, narzędzia, sposoby opatrywania ran, poradniki, jak ukrywać blizny, treści podżegające do samobójstwa, grupy planujące wspólne samobójstwa. Te strony są wygaszane, ale błyskawicznie pojawiają się nowe. Jesteśmy od tego wszystkiego absolutnie o jedno kliknięcie.

Tyle że dzieci jeszcze bliżej niż dorośli. Pokolenie rodziców jest w sieci na prawach cyfrowych imigrantów. Ich dzieci są tubylcami. Imigranci mówią: real i sieć, dla tubylców to wszystko jeden świat, a to, co w realu, ma wpływ na to, co dzieje się z nimi w internecie i odwrotnie. – Możemy zejść piętro niżej i zastanowić się, jakie potrzeby zaspokaja młodzież podejmująca w sieci ryzykowne zachowania. Ciekawość? Przynależność do grupy? Naśladownictwo i szpan? – pyta Robert Rejniak, terapeuta uzależnień, kierownik Poradni Profilaktyki i Pomocy Rodzinie PTZN. Dla młodzieży gimnazjalnej akceptacja rówieśników jest ważna jak nigdy wcześniej ani nigdy później. Ci, którzy trafiają do gabinetów psychologów, ujawniają zwykle problemy z poczuciem wartości i samooceny. Takie osoby łatwo wtedy zawirusować różnymi sygnałami. W grupie ryzyka jest każdy nastolatek. Co dziesiąty burzliwie przechodzi okres dojrzewania, w sieci szuka wsparcia, braterstwa w buncie, potwierdzenia, że świat jest zły i okrutny. Aż co piąty się samookalecza. Myśli samobójcze ma co trzeci.

Co więcej, niektóre nastolatki nie uświadamiają sobie w pełni faktu, że samobójstwo jest nieodwracalne. Płaty przedczołowe, odpowiedzialne za przewidywanie konsekwencji działań, rozwijają się aż do 19.–20. roku życia. [pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Reguła „wiele razy tak”

Rozmowa z Lucyną Kicińską, koordynatorką Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111, o tym, dlaczego dzieci popełniają samobójstwa i jak je przed tym chronić

Agata Listoś: – Jak to możliwe, że po miesiącu znajomości internetowej ktoś decyduje się popełnić samobójstwo z osobą, którą zna tylko z sieci?
Lucyna Kicińska: – Ktoś, kto ma umiejętności radzenia sobie z problemami, pozytywnie zbudowane relacje z rówieśnikami, rodzicami, raczej nie da się namówić na samobójstwo. Jednak jeśli dziecko czas spędza zatopione w komórce, rozmawiając tylko z jedną osobą, to są sygnały ostrzegawcze, na które trzeba zareagować. Większość z nas nie reaguje. To już wręcz społeczna niechęć do dostrzegania problemu, dlatego że jest tak ogromny i obezwładniający. Mimo że odebraliśmy już milion połączeń od dzieci, że było prawie 10 mln prób połączeń, cały czas uważa się, że dzieci w Polsce są szczęśliwe.

Dlaczego młodzi ludzie dają się wciągać w takie gry w samobójstwo?
Ten sposób zlecania zadań i wykonywania ich wykorzystuje mechanizm psychologiczny zaangażowania i konsekwencji. Z natury mamy tak, że jak się na coś godzimy, jak np. w rozmowie z telemarketerami, którzy wykorzystują regułę „wiele razy tak”, to trudno się wycofać, zwłaszcza jeśli już tyle zadań się wykonało. Każdy kolejny krok miał ośmielać do zachowań autoagresywnych, izolować dziecko od otoczenia, coraz bardziej skupiać na relacji z opiekunem i spełnieniu jego oczekiwań. Ta chęć jest silna zwłaszcza u tych osób, które nie mają dobrze ukształtowanych więzi z rodzicami i rówieśnikami. I tutaj coś osiągają. Im więcej się uda, tym bardziej nie chcę ponieść porażki. Tak działa mechanizm wpływu społecznego. Jeśli dziecko dojdzie odpowiednio daleko, to już będzie w takim stanie, że zrobi wszystko. W dodatku zlecane w tych grach zadania są zwykle bardzo silnie deprymujące sensorycznie. O czym mowa, wie każdy, kto nie spał przez 48 godzin. Są dehumanizujące: nieodzywanie się do nikogo przez cały dzień, brak jedzenia, samookaleczenia. Dzieciaki niby mogą stwierdzić w którymś momencie, że rezygnują, natomiast ten mechanizm gry jest tak skonstruowany, żeby tę granicę przesuwać. W Polsce bardzo dużo dzieci się samookalecza – nie dlatego, że wybuchła afera z niebezpieczną grą, tylko po prostu dlatego, że mają problemy. Zajmijmy się tymi problemami, nim dziecko targnie się na życie.

Kiedy dzieci się samookaleczają?
Wtedy, gdy gromadzą bardzo silne napięcie związane z jakimś problemem, z którym nie potrafią sobie poradzić. Dzieciaki mówią, że zabijają jeden ból drugim bólem. Najpierw jest bardzo silny smutek, depresja, poczucie zranienia, skrzywdzenia bądź chęć ukarania siebie – i te emocje gromadzą się jak w balonie. W wyniku samookaleczania wydzielają się endorfiny, przez chwilę jest stan euforii w mózgu, przez co jest poczucie ulgi. Jeszcze nie czuć bólu, za to emocje zostają uwolnione. Ale proces biochemii mózgu szybko mija, a problem zostaje.

Jakie problemy mogą powodować takie zachowania?
Czasem jest to taka błahostka, że aż trudno uwierzyć. Np. dziewczynka jest nieśmiała, nie ma żadnej przyjaciółki, poszła do gimnazjum i nie nawiązała żadnej relacji z rówieśnikami. Mamy wiele dzieci, które się samookaleczają po niesprawiedliwym potraktowaniu w szkole. Rodzice o nich wiedzą, ale mówią, że szkoła jest szkołą i trzeba się przyzwyczaić. Jeśli dziecko mówi, że je biją, terroryzują koledzy rówieśnicy, a rodzic mówi: przyzwyczajaj się albo się odgryź, to dzieci najczęściej idą właśnie w samookaleczenia. Wielu tragicznym w skutkach historiom można było zapobiec, budując relację i dając dziecku poczucie bezpieczeństwa. Nie tylko wiedząc, co się u dziecka dzieje, ale też działając. Jeśli dziecko otwiera się i prosi o pomoc, trzeba pomóc.

Statystyki telefonu 116 111 pokazują, że jest też pewna zależność dotycząca samookaleczania: każde dziecko, które zgłaszało molestowanie seksualne, zgłaszało również samookaleczenia. W jednym z badań amerykańskich wykazano też, że dziecko podejmie zachowania autoagresywne, jeśli są problemy w rodzinie i separacja z ojcem, w tym brak ojca lub ojciec nieobecny emocjonalnie i psychologicznie. Nieobecność matki była mniej istotnym czynnikiem. To też znamienity przykład w kontekście eurosieroctwa, o którym niewiele się mówi.

Dlaczego te okaleczenia się powtarzają?
Wystarczy, że nawarstwią się jakieś emocje. Co więcej, czas między samookaleczeniami zwykle staje się coraz krótszy. Dzieci, które do nas dzwonią, mówią, że czasem jest to już stan takiego permanentnego napięcia i nieważne, co się wydarzy, wystarczy, że ktoś źle spojrzy i dziecko znów musi się samookaleczyć. Trzeba pamiętać, że samookaleczenia są uzależniające. Czasem, kiedy prowadzimy interwencje szkolne, to okazuje się, że psychologowie szkolni o tym nie wiedzą.

Kto weryfikuje kompetencje tych szkolnych pedagogów i psychologów?
Nikt, wystarczy skończyć psychologię. Kompetencje mógłby sprawdzić drugi psycholog, ale najczęściej to dyrektor szkoły zatrudnia taką osobę. Bardzo często pedagodzy i psycholodzy szkolni nie zajmują się dziećmi w szkołach, tylko przyznawaniem zasiłków, wyprawki szkolnej, wypełnianiem dokumentacji, i często nie mają czasu, żeby z tymi dziećmi rozmawiać.

Są rodzice, którzy mówią: moje dziecko tego już nie robi, bo ja je ciągle sprawdzam.
Jeśli zamiast zająć się problemem i pójść do specjalisty, rodzic będzie pilnował, żeby się dziecko nie cięło, to się nie skończy dobrze.