POLITYKA

Wtorek, 25 kwietnia 2017

Polityka - nr 36 (2721) z dnia 2009-09-05; s. 16-18

Kraj

Jacek Żakowski

Opcja Zero

III RP ma 20 lat. Czas na generalny przegląd!

Dwadzieścia lat temu Tadeusz Mazowiecki został pierwszym niekomunistycznym premierem Rzeczpospolitej po II wojnie światowej. Mamy więc za sobą dwie pełne dekady budowania nowego ustroju. Moment wydaje się niemal idealny, by przyjrzeć się temu, co stworzyliśmy. Raz na dwadzieścia lat warto chłodnym okiem, bez pychy, ale i bez złości, popatrzeć, jak to wszystko działa, i spytać, dlaczego jest tak kiepsko, skoro jest tak wspaniale.

Mam wrażenie, że po dwóch dekadach nieustannego reformowania i naprawiania wszystkiego stworzyliśmy świat, w którym więcej wynika z przypadku, nawarstwiających się błędów, kolejnych poprawek do poprawek, łat naszywanych na łaty oraz z częściowo zrealizowanych zamierzeń i mniej czy bardziej zgniłych kompromisów, niż ze świadomie i racjonalnie podjętych decyzji.

Czasem założenia reform były całkiem dobre, ale potem je rewidowano, doskonalono, aż powstał taki galimatias, że nikt już nie umie wyjaśnić, jaki jest sens istniejących rozwiązań, ale też nikt nie jest w stanie dokopać się do założycielskiego błędu, który odbiera skuteczność kolejnym próbom naprawy. Tak chyba jest na przykład z mediami publicznymi.

Czasem założenia były od początku fałszywe, ale jakoś daliśmy się do nich przekonać i zamiast je odrzucić, latami próbujemy ratować sytuacje drobnymi poprawkami. Tak chyba było z reformą oświaty, która powołała gimnazja i całą odpowiedzialność przeniosła na gminy. A czasem przyjmowaliśmy rozwiązania stanowiące część jakiegoś większego projektu społecznego, który później został zaniechany. Tak chyba jest z systemem finansowania zdrowia wprowadzonym przez rząd AWS-UW, który nieudolnie imituje mechanizm ubezpieczeniowy.

Ministerstwo Zdrowia przyznaje, że samo zbieranie i rozliczanie składek na ubezpieczenie zdrowotne może nas co roku kosztować nawet parę miliardów złotych. To są pieniądze płacone de facto za nic. Dostęp do świadczeń nie jest w żaden sposób uzależniony od wysokości płaconej przez nas składki. Tylko w odniesieniu do nieistotnej statystycznie oraz kosztowo grupy prawo do leczenia na koszt NFZ zależy od tego, czy coś w ogóle płacimy. Jakoś się jednak do tego przez 10 lat przyzwyczailiśmy, chociaż prawie żadnych kosztów nie musielibyśmy ponosić, gdyby zgodnie z konstytucją prawo do opieki zdrowotnej ustawa powiązała wprost z obywatelstwem i gdyby jej koszty były finansowane wprost z podatków. Tak jak w Skandynawii, Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach.

Jak to się stało, że 10 lat temu tak rozrzutny system został wprowadzony? Zdecydowały dwa argumenty. Po pierwsze, że pieniądze na zdrowie powinny być wyłączone z corocznego politycznego przetargu budżetowego. Jest to argument trafny, bo ochrona zdrowia musi być finansowana stabilnie. Ale ten sam cel można uzyskać nie marnując pieniędzy, jeśli ustawa zagwarantuje przeznaczenie na NFZ stałego procentu PKB. Jak na armię.

Drugi argument stracił aktualność. Rządy koalicji AWS-UW przypadły na okres szczytowego zafascynowania Polaków amerykańskim modelem społecznym. System składkowy był krokiem do zróżnicowania uprawnień w zależności od wysokości opłaconej składki i do odebrania prawa do refundacji tym, którzy nic nie płacą. Konstytucja jednak na to nie pozwala, a koalicja nie miała szansy jej zmienić. Zamiast zatem toczyć kolejne batalie o reformę KRUS, może lepiej (i taniej) będzie wrócić wprost na grunt konstytucji – uznać dostęp do opieki medycznej za prawo wynikające z obywatelstwa, znieść niby-składki, odpowiednio podwyższyć podatki (także w rolnictwie) i przywrócić budżetowe finansowanie służby zdrowia. NFZ byłby wtedy instytucją pośredniczącą w kupowaniu usług i kontrolującą ich jakość.

Niby-rynek, niby-korzyść

System składkowy jest dość typowym przykładem pararynkowych reform ostatnich dwóch dekad. Tak się bowiem złożyło, że najintensywniej reformowaliśmy Polskę w okresie największej potęgi lokalnie zwulgaryzowanej wersji ideologii neoliberalnej. Naiwna wiara w rynek pchała polityków do imitowania go także tam, gdzie się nie sprawdza lub wymaga ścisłej regulacji.

Pararynkowy mechanizm wprowadzono między innymi w oświacie i służbie zdrowia. W służbie zdrowia nibyrynkowa gra toczy się między NFZ, który jako klient chce kupić najtaniej, a ZOZ, które chcą sprzedać najdrożej. Pacjenta w tej grze nie ma, więc nieistotna jest jego satysfakcja. Ważne, by został załatwiony. Tak skrojony rynek sprawia, że ZOZ, lekarze, pielęgniarki mają się tym lepiej, im mniej poświęcą nam uwagi i środków. Kupowana jest ilość, nie jakość. Specjalista dostaje stawkę za wizytę bez względu na to, jak ona wygląda i jaki ma skutek. Szpital dostaje swoją stawkę za zabieg bez względu na to, jak nas traktuje.

Ponieważ z zasady podaż jest mniejsza niż popyt, ceny są stałe, a konkurencja bardzo ograniczona, bo ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]