POLITYKA

Czwartek, 19 października 2017

Polityka - nr 39 (2724) z dnia 2009-09-26; s. 44-46

Rynek

Adam Grzeszak

Opel na części

Przejęcie Opla przez kanadyjsko-rosyjskie konsorcjum Magna-Sbierbank może okazać się początkiem końca słynnej niemieckiej marki. Opel ma dziś czterech właścicieli, a każdy chce jechać w inną stronę. Przydałby się dobry kierowca.

Koncern General Motors zapłacił za akcje spółki Adam Opel AG 33 362 000 dol. Było to pod koniec lat 20. ubiegłego stulecia, Opel produkował wtedy niespełna 50 tys. samochodów rocznie. 80 lat później General Motors został zmuszony do pozbycia się większościowego pakietu Opla (oraz brytyjskiego Vauxhalla, który należał do GM jeszcze dłużej). Transakcja zostanie sfinalizowana w listopadzie. Za 55 proc. akcji firmy, która wytwarza 1,5 mln aut rocznie, nie dostanie złamanego centa. Wystarczyło mu, że ktoś przejmie gigantyczne długi. Bo w tym biznesie nie jest ważne, ile się produkuje samochodów, ale ile się na nich zarabia. A Opel, podobnie jak General Motors, amerykański koncern-matka, od kilku lat notował straty. Tylko w tym roku wyniosą one 3 mld euro. W sumie za ostatnie 8 lat uzbierało się już ponad 6 mld euro.

Jak na razie do portfela musiał sięgnąć niemiecki podatnik. Rząd Angeli Merkel na podtrzymanie Opla przy życiu udzielił już pożyczki 1,5 mld euro w gotówce i obiecał 3 mld w gwarancjach kredytowych. Być może i my się będziemy musieli do tego dołożyć, bo pojawiła się sugestia, że kraje, w których znajdują się fabryki Opla/Vauxhalla, jeśli zależy im na ich utrzymaniu, powinny także otworzyć swoją kasę. A w Polsce mamy zakłady Opla w Gliwicach zatrudniające 2,5 tys. pracowników. Na razie rząd zapewnia, że płacić nie będzie, a polskiemu Oplowi nie stanie się krzywda. Zakład jest nowoczesny, zaś produkcja w Polsce tania. Rusza właśnie produkcja najnowszego Opla Astry IV – modelu podstawowego dla ekonomicznego losu koncernu, więc nikt rozsądny nie zamykałby takiego zakładu.

Sprzedaż Opla została wymuszona przez panią kanclerz Merkel, która użyła portfela jako pistoletu. Zagroziła GM, że jeśli będą się ociągać, zażąda zwrotu pieniędzy i więcej nie pożyczy. To zaś oznaczałoby bankructwo Opla. Amerykanie od pewnego czasu grali na czas licząc, że może uda im się Opla, firmę ważną dla globalnego charakteru koncernu, utrzymać. Szybko otrząsnęli się po szoku własnego bankructwa i poczuli ulgę, jaką dała im sądowa ochrona przed wierzycielami. Perspektywa zostania mniejszościowym udziałowcem (35 proc.) w firmie, którą przez tyle dziesięcioleci kierowali, nie bardzo im się uśmiecha.

Czterech kierowców

Kanclerz była jednak nieugięta nie tylko w sprawie sprzedaży, ale i wyboru oferty kanadyjsko-rosyjskiego konsorcjum. Pojawiły się już teorie, że chodzi o tajny niemiecko-rosyjski układ, w którym akcje Opla są ukrytą prowizją za jakieś koncesje w sprawach energetycznych. Bardziej prawdziwa wydaje się jednak inna, wskazująca na wybory w Niemczech, do których Angela Merkel chciała pójść z załatwioną sprawą Opla i bez wojny, jaką grozili jej związkowcy z potężnej centrali IG Metall. Nie miała wyboru: tylko oferta Magna-Sbierbank była z punktu widzenia jej i związkowców do zaakceptowania.

O Opla starało się trzech kandydatów. Właściwie nawet czterech, ale Fiat szybko się wycofał. Włosi połknęli właśnie amerykańskiego Chryslera i Opel mógłby im stanąć w gardle, zwłaszcza że Niemcy patrzyli na nich niechętnie. Wiadomo – narodowe ambicje. Podobnie było z egzotycznym kandydatem z Dalekiego Wschodu, chińskim koncernem Beijing Automotive Industry Company. Oferta była dość skromna i obwarowana warunkami. Na krótkiej liście został więc belgijski fundusz inwestycyjny RHJ oraz kanadyjsko-rosyjski tandem. Fundusz nie ukrywał, że nie ma zamiaru bawić się w sentymenty: dokona redukcji kosztów, zamknie najbardziej nierentowne zakłady, uzdrowi Opla i sprzeda. Być może nawet trafi on z powrotem do General Motors. Amerykanom to się podobało, Niemcom mniej. A już związkowcom zupełnie nie.

Nic więc dziwnego, że serce pani kanclerz podbiła oferta Magny i Sbierbanku obiecująca, że obejdzie się bez drastycznych zwolnień, a Nowy Opel (New Opel), wsparty przez niemiecki rząd i zasilany pieniędzmi rosyjskiego banku oraz techniczną myślą kanadyjskiego koncernu motoryzacyjnego, poszuka sobie przestrzeni życiowej na Wschodzie. Na dodatek na zapleczu stał premier Władimir Putin i przekonywał, że transakcja ma błogosławieństwo rosyjskiego rządu, zaś Sbierbank będzie lojalnie współpracować z niemieckimi władzami i pozostałymi udziałowcami.

Brzmi pięknie, ale to iluzja. Rosyjsko-kanadyjska para nie wygląda ani na trwały, ani wiarygodny związek. Skleił go Oleg Deripaska, rosyjski miliarder (ponoć najbogatszy), należący do grupy kremlowskich oligarchów. Jest przyjacielem Putina i działa w branży metalurgicznej (Rusal, Norylski Nikiel), a także motoryzacyjnej. Należy do niego Grupa GAZ, holding, w skład którego wchodzą fabryki produkujące głównie pojazdy użytkowe – autobusy, ciężarówki, koparki. Jednak sztandarowym zakładem jest GAZ z Niżnego Nowogrodu, gdzie wytwarzane są samochody dostawcze (jak znana z polskiego rynku Gazela), terenowe (np. GAZ Tigr zwany rosyjskim ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]