POLITYKA

środa, 20 września 2017

Polityka - nr 36 (2721) z dnia 2009-09-05; s. 76-78

Świat

Tomasz Zalewski

Ostatni

Dzieje Kennedych mają skalę i intensywność szekspirowskiego dramatu władzy i namiętności. Edward Ted Kennedy tę legendę rodu wymownie potwierdza.

To Joe miał być politykiem; kiedy zginął, ja zająłem jego miejsce” – mówił prezydent J.F. Kennedy o swym starszym bracie poległym w czasie II wojny światowej. Potem padły słowa o pozostałych przy życiu młodszych braciach: „Gdyby mnie coś się stało, Bobby zajmie moje miejsce. Gdyby coś się przydarzyło Bobby’emu, jego miejsce zajmie Teddy”. Co było zapisane, stało się w 1963 r. i 1968 r., kiedy JFK i Robert Kennedy zginęli od kul zamachowców.

Założyciel dynastii, syn irlandzkiego imigranta z Bostonu Joseph Fitzpatrick Kennedy zarobił miliony na handlu alkoholem i nieruchomościami. Poparcie dla prezydenta F.D. Roosevelta zaowocowało nominacjami na prezesa Komisji Kontroli Giełdy, potem ambasadora w Wielkiej Brytanii. Jego dzieci miały zajść jeszcze wyżej. Ambitny nuworysz od małego szkolił je w arkanach polityki – przy kolacji dyskutowano o bieżących wydarzeniach i studiowano mapę.

Dzieci musiały rywalizować we wszystkim i, jak powtarzał ojciec, liczyło się tylko zwycięstwo.

Kiedy pierworodny syn Joe junior zginął w 1944 r., pałeczkę przejął John Fitzgerald. Po wojnie został demokratycznym kongresmanem, później senatorem. Tata nie szczędził funduszy na kampanie wyborcze, rodzeństwo zgodnie pracowało na lidera. W 1957 r. Joseph po raz pierwszy ujawnił, że chce widzieć syna w Białym Domu. Jego marzenie się spełniło. Kiedy w czasie inauguracyjnej parady samochód JFK przejeżdżał przed trybuną, na której siedział ojciec, nowy prezydent wstał i pozdrowił go machając cylindrem.

Mimo słabego początku, kiedy fiasko w Zatocie Świń zachwiało wiarę w jego kwalifikacje, John F. Kennedy stanął potem na wysokości zadania w czasie kryzysu kubańskiego. Miał odwagę wniesienia do Kongresu projektu ustawy o równouprawnieniu czarnych, uchwalonej później za swego następcy L.B. Johnsona. JFK obwinia się za wkroczenie na drogę wojny w Wietnamie, ale w USA praktycznie panował wtedy konsens w tej sprawie i trwała międzypartyjna licytacja, kto okaże się twardszy w starciu z commies. Ocenę rządów JFK utrudnia fakt, że przerwała je kula zamachowca w Dallas 22 listopada 1963 r. Nie ulega wątpliwości, że zamordowany prezydent odegrał ogromną rolę inspirującą dzięki powołaniu ochotniczego Korpusu Pokoju i wezwaniu: „Zapytaj, co możesz zrobić dla kraju”; jego idealistyczny apel i charyzma poruszyła strunę idealizmu w młodym pokoleniu Amerykanów.

Młodszy brat Johna, Robert Francis, mianowany przez niego prokuratorem generalnym w wieku 35 lat, był po jego śmierci naturalnym pretendentem do tronu tymczasowo zajętego przez Johnsona. Kiedy Wietnam pogrążył urzędującego prezydenta, Bobby, namawiany przez antywojenną frakcję w Partii Demokratycznej, by stanął na jej czele, wahał się powodowany partyjną lojalnością i na serio przystąpił do wyścigu o Biały Dom dopiero po wycofaniu się LBJ z ubiegania się o reelekcję.

Spóźnioną kampanię prowadził jako obrońca biednych i dyskryminowanych, stając się idolem Afroamerykanów i Latynosów. Mimo późnego startu szedł w górę i był na dobrej drodze do prezydenckiej nominacji. W oczach wyznawców legendy Kennedych był godnym następcą brata. Nadzieje ich zniweczyło zabójstwo RFK w Los Angeles w czerwcu 1968 r.

Edward Kennedy był już wtedy od sześciu lat senatorem z Massachusetts. On też wiele zawdzięczał ojcu, który mawiał do pozostałych dwóch braci: „Wy już jesteście na szczycie, teraz czas na Teddy’ego”. Teddy, choć przystojny i po Harvardzie, uchodził za najmniej predestynowanego do najwyższych urzędów. Po śmierci Roberta był zdruzgotany, znikł na dwa miesiące z Senatu i rozważał rezygnację z polityki – mówiło się już o „klątwie Kennedych”. Jednak po zwycięstwie Nixona w 1968 r. demokraci zwrócili się ku najmłodszemu z rodu, by „podjął pochodnię”. Teddy nie mógł zawieść rozbudzonych nadziei na pokój w Wietnamie i sprawiedliwość w kraju. Niedługo potem Ameryka dowiedziała się o katastrofie w Chappaquiddick. Kennedy prowadził samochód, który wpadł do rzeki; utonęła towarzysząca mu 28-letnia Mary Jo Kopechne. Senator uratował się i przez 10 godzin nie zawiadomił policji o wypadku. Został skazany na dwa miesiące więzienia z zawieszeniem i publicznie przyznał, że jego zachowania nie da się usprawiedliwić.

Rozumiejąc, że jego szanse na Biały Dom nikną, Ted Kennedy ponownie rozważał wycofanie się z życia publicznego. Pozostał jednak w Senacie i stanął tam na czele demokratycznej lewicy. W 1980 r. doszedł do wniosku, że kraj mógł zapomnieć Chappaquiddick i wystartował w wyścigu prezydenckim. Rzucił wyzwanie urzędującemu demokratycznemu prezydentowi Carterowi, ale przegrał walkę o partyjną nominację.

Odtąd skupił się na pracy w Senacie. Na Kapitolu został gwiazdą – nikt jak on nie panował nad detalami ustaw i tak zręcznie nie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]