POLITYKA

Wtorek, 26 września 2017

Polityka - nr 34 (3124) z dnia 2017-08-23; s. 45-47

Świat

Filip Gańczak

Ostatnia deska na fali

Młody szef liberałów Christian Lindner może być – obok Angeli Merkel – największym wygranym wyborów do Bundestagu. I przyszłym szefem MSZ, który chce wybaczyć Rosjanom Krym.

Na hiszpańskiej Majorce wszędzie słychać język niemiecki. W Nassau Beach Club, modnym lokalu nad brzegiem morza, rozmowa przy jednym ze stolików też toczy się w języku Goethego. 38-latek w dżinsach i białej koszuli wygląda na maklera giełdowego, który na moment wyrwał się z dzielnicy bankowej we Frankfurcie nad Menem. To jednak Christian Lindner, przewodniczący Wolnej Partii Demokratycznej (FDP). Daleko od kraju opowiada dziennikarzowi o kampanii wyborczej, która właśnie wkroczyła w decydujące stadium.

Ciekawie robi się w momencie, gdy rozmowa schodzi na Rosję. Lindner postuluje „więcej dialogu” z państwem Władimira Putina. Niejasno mówi o jakimś kompromisie, który pozwoliłby prezydentowi Rosji zachować twarz, i o poluzowaniu unijnych sankcji wobec tego kraju. Co więcej, proponuje, by przynależność Krymu do Rosji uznać za „trwałe prowizorium”. Rzeczniczka rządu w Berlinie nie kryje zdziwienia. Niemieckie władze – tak jak cała Unia Europejska – konsekwentnie uznają rosyjską aneksję Krymu z 2014 r. za złamanie prawa międzynarodowego.

Sierpniowy wywiad z Lindnerem – całkiem możliwym kandydatem na ministra spraw zagranicznych – na moment ożywił senną kampanię wyborczą za Odrą. 24 września Niemcy wybiorą skład nowego Bundestagu. Najnowsze sondaże dają chadekom (CDU/CSU) kanclerz Angeli Merkel przewagę kilkunastu punktów procentowych nad współrządzącą Socjaldemokratyczną Partią Niemiec (SPD). Główne ugrupowania opozycyjne na ogół notują jednocyfrowe wyniki. Merkel jest niemal pewna kolejnej kadencji i trudno jedynie przewidzieć, z kim będzie tworzyć rząd przez następne lata.

Poważnym kandydatem na koalicjanta jest właśnie liberalna FDP. „Chcielibyśmy stać się trzecią siłą” – deklaruje Lindner. Trzy, cztery lata temu brzmiałoby to jak kiepski żart, dziś to całkiem realny scenariusz. Niemieccy liberałowie – skazywani już na polityczną śmierć – znów są na fali. A Lindner, cudowne dziecko FDP, ucieleśnia ten sukces.

Urodził się w Wuppertalu, w Nadrenii Północnej-Westfalii, gdzie jego dziadkowie prowadzili piekarnię. Dorastał jako syn nauczyciela. Miał 18 lat, gdy wstąpił w szeregi liberałów. Rok później zasiadał już w regionalnym zarządzie partii. W wieku 21 lat został deputowanym do Landtagu – najmłodszym w historii. Równolegle studiował politologię w Bonn i próbował sił w biznesie. Zaczął od małej agencji reklamowej. Później współzakładał firmę internetową, która jednak splajtowała.

Na uczelni radził sobie lepiej. – Był bardzo zdolnym studentem i miał szansę zyskać uznanie również w świecie nauki. Kariera polityczna, która szybko zaprowadziła go do ważnych stanowisk, stanęła jednak temu na drodze – wspomina prof. Frank Decker, politolog z Uniwersytetu Reńskiego im. Fryderyka Wilhelma w Bonn. To u niego Lindner miał przygotować doktorat. W 2009 r. przeniósł się jednak do Berlina jako deputowany do Bundestagu. Od tej pory – jak wyznał w jednym z wywiadów – dysertacja nie posunęła się naprzód ani o linijkę.

2009 r. to największy triumf niemieckich liberałów. W wyborach parlamentarnych odnotowali niemal 15-proc. poparcie i do rządu Merkel wprowadzili pięcioro ministrów. Później jednak było już tylko gorzej. Działacze FDP przez wszystkie przypadki odmieniali obniżkę podatków. Ale Wolfgang Schäuble, chadecki minister finansów, skutecznie blokował ich pomysły. Liberałowie nie zdołali odebrać mu tego kluczowego dla nich resortu. Do tego dochodziły kłótnie koalicyjne i rozmaite gafy. Ekscentryczny Guido Westerwelle nie sprawdził się jako szef dyplomacji, a nowy szef partii młody Philipp Rösler nie potrafił wydobyć ugrupowania z kryzysu.

Przyszedł czas klęsk. W 2013 r. FDP nie zdołała nawet przekroczyć 5-proc. progu wyborczego i pierwszy raz w historii znalazła się poza Bundestagiem. Co więcej, część rozczarowanych działaczy utworzyła nową partię socjalliberalną. Byli i tacy, którzy przeszli do Alternatywy dla Niemiec (AfD), zdobywającej spore poparcie dzięki krytyce wspólnej europejskiej waluty i hasłom antyimigranckim. Komentatorzy polityczni zaczęli się wręcz zastanawiać, czy w nowej rzeczywistości FDP zdoła przetrwać.

I wtedy pojawił się Lindner. Owszem, w latach 2009–11 był już sekretarzem generalnym partii, ale teraz objawił się liberałom jako ostatnia deska ratunku. Stanął na czele partii w grudniu 2013 r., gdy ta była na dnie. Pierwszy poważny test – wybory do europarlamentu w maju kolejnego roku – wypadł słabo. Ale w Hamburgu w lutym 2015 r. liberałowie byli już wyraźnie nad kreską. Później przyszły kolejne dobre wyniki w wyborach regionalnych. Dziś FDP jest obecna w parlamentach 9 z 16 niemieckich landów. W trzech od niedawna współrządzi. W majowych wyborach w Szlezwiku-Holsztynie i Nadrenii Północnej-Westfalii osiągnęła dwucyfrowe wyniki. – Sukces w mateczniku Lindnera przyszedł w dodatku w idealnym momencie – zauważa Decker. Niemieccy publicyści piszą o „zmartwychwstaniu FDP” i o ważnym sygnale wysłanym ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]