Czwartek, 17 maja 2012
Jednym ze środków antykorupcyjnych miała być ustawa o ograniczeniu działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne. Z raportu Najwyższej Izby Kontroli, która po raz pierwszy skontrolowała stosowanie ustawy, wynika, że idea ta utonęła w powszechnej grze pozorów.
Posłowie poprzedniej kadencji optymistycznie założyli, że do skutecznego skontrolowania stanu majątkowego urzędników wystarczy możliwość wglądu w dane o posiadanych oszczędnościach, nieruchomościach, akcjach oraz prowadzonej działalności gospodarczej, zaś samo złożenie oświadczenia będzie skutecznym hamulcem dla korupcji. Nic bardziej mylnego. – Ustawa ta została praktycznie odrzucona przez administrację publiczną jako ciało obce – twierdzi Ludwik Dorn, poseł Koła Parlamentarnego ROP-PC, inicjator kontroli.
Z ustaleń NIK wynika, że w 60 proc. skontrolowanych jednostek tolerowano nieskładanie oświadczeń w ogóle lub przyjmowano je ze znacznym opóźnieniem. Osoby upoważnione do ich odbioru (dyrektorzy generalni, kierownicy urzędów – starostowie, burmistrzowie, marszałkowie i wojewodowie) nie wiedzą, od kogo mają się ich domagać. Niefrasobliwość wobec prawa zdarzała się na wszystkich szczeblach: od Kancelarii Premiera, poprzez ministerstwa oraz takie instytucje jak Główny Urząd Ceł, Komitet Integracji Europejskiej po najniższe szczeble samorządu. W wielu urzędach przypominano sobie o tym obowiązku dopiero w trakcie kontroli Izby. Zdarzało się, że pomijano egzekwowanie oświadczeń od osób zatrudnionych na stanowiskach państwowych, ale nie będących pracownikami urzędu. W Ministerstwie Gospodarki zapomniano na przykład o pracownikach placówek ekonomiczno-handlowych za granicą, w Urzędzie Kultury Fizycznej i Turystyki – o przedstawicielach polskich ośrodków informacji turystycznej, w co czwartym urzędzie administracji rządowej nie pamiętano o doradcach z gabinetów politycznych.
Choć ustawa przewiduje sankcje za opieszałość (do dyscyplinarnego zwolnienia włącznie) oraz karę do 5 lat więzienia za podanie nieprawdy w oświadczeniu, dotąd nie były one stosowane. Jedyny przypadek zastosowania upomnienia za niezłożenie oświadczenia miał miejsce w olsztyńskim urzędzie miasta. Także sankcje za dalsze prowadzenie zakazanej działalności gospodarczej były rzadkie i mało dotkliwe. W 15 proc. takich przypadków w ogóle ich nie zastosowano. – Kierownicy jednostek mają instrumenty dyscyplinujące podwładnych do złożenia oświadczeń we właściwym terminie, ale samo ich złożenie niczego jeszcze nie dowodzi. Bez mechanizmu weryfikowania zawartych w nich danych wykrywalność nadużyć jest właściwie żadna – uważa Andrzej Olejnik, dyrektor departamentu kontroli doraźnych NIK.
Kontrola NIK wykazała również niedostateczny nadzór Ministerstwa Skarbu nad udziałem przedstawicieli Skarbu Państwa w spółkach jemu podległych. Zdarzało się, że trafiali oni do więcej niż dwóch rad nadzorczych, ustawa nie ukróciła więc procederu kolekcjonowania posad.
Tworem martwym stała się komisja przy Kancelarii Premiera. To ona miała rozstrzygać wątpliwości w przypadku prowadzenia działalności gospodarczej przez współmałżonków osób pełniących funkcje publiczne oraz udzielać zgody na wcześniejsze niż przed upływem roku od pożegnania się z pełnioną funkcją publiczną zatrudnienie w instytucji lub firmie, wobec których dany urzędnik wydawał decyzje. W 1998 r. komisja zajmowała się tylko jednym przypadkiem podejrzenia o stronniczość, w zeszłym roku – pięcioma. Do premiera nie trafiło żadne sprawozdanie z działalności komisji, mimo że była ona do jego złożenia zobowiązana. Pikanterii dodaje fakt, że na jej czele stoi Mirosław Koźlakiewicz, poseł AWS i były prezes Ciechanowskich Zakładów Drobiarskich. W Sejmie był posądzany o konflikt interesów – działając w komisji rolnictwa zajmował się m.in. ustawą o rolniczych grupach producenckich. – Byłem dużym producentem, a ustawa miała wzmocnić przede wszystkim moich mniejszych konkurentów. Nie rozumiem więc zarzutów pod moim adresem – wyjaśnia Koźlakiewicz.
Nikt również nie zagląda i nie weryfikuje danych w prowadzonym przez Państwową Komisję Wyborczą Rejestrze Korzyści, do którego trafiają zgłoszenia o sytuacji majątkowej od ministrów, kierowników urzędów centralnych oraz wojewodów i wicewojewodów. Ustawa stworzyła więc świat antykorupcyjnej fikcji.
Nie zawsze jednak ta prawna nonszalancja jest godna potępienia. Politycy poprzedniej kadencji stworzyli prawo, które roi się od luk i wątpliwości interpretacyjnych. Trudno nie zgodzić się z tymi, którzy zauważają, iż ustawa, mimo że nakłada obowiązek analizy treści oświadczeń, nie mówi, w jaki sposób ma się to odbywać. Nic więc dziwnego, że tylko w co dziesiątym urzędzie próbowano weryfikować złożone oświadczenia. W wielu nie otwarto nawet kopert z zeznaniami. Chlubnym wyjątkiem jest burmistrz Brzozowa, który zadał sobie trud porównania oświadczeń z ewidencją działalności gospodarczej. Doprowadziło to do rezygnacji trzech członków zarządu miasta z prowadzenia własnego interesu. Ale nie wszyscy byli równie pracowici jak brzozowski burmistrz.
Kolejną luką w ustawie jest niedoprecyzowanie jej relacji do przepisów o ochronie danych osobowych. Te przepisy, stosowane czasem na wyrost, są dość wygodnym argumentem dla tych, którzy wolą uniknąć ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]
Na ogłoszonej w kwietniu 1994 r. liście znalazło się 90 nazwisk osób, które naruszyły ustawę antykorupcyjną (pracując we władzach spółek prawa handlowego albo prowadząc działalność gospodarczą, co mogło budzić podejrzenia o ich stronniczość) lub złamały ustawę o wynagrodzeniach (pobierając podwójne pensje – w swoich urzędach oraz w spółkach Skarbu Państwa). Na listę trafili ministrowie (m.in. Andrzej Olechowski, ówczesny szef dyplomacji i zarazem członek rady nadzorczej Banku Handlowego; Bogusław Liberadzki, minister transportu zasiadający w radzie PLL LOT SA oraz Pekaes-Autotransport SA); wysocy urzędnicy (Mirosław Pietrewicz, szef CUP oraz członek rady PLL LOT; Witold Koziński, zastępca prezesa NBP zasiadający zarazem w radzie nadzorczej Polskiego Banku Inwestycyjnego SA).
Po upublicznieniu listy wiele osób wstrzymało się z decyzjami o rezygnacji z piastowanych funkcji bądź ich zachowania czekając na wykładnię Trybunału Konstytucyjnego. Ten jednak nie rozstrzygnął jednoznacznie, czy urzędnicy naruszyli prawo oraz czy powinni ponieść jakąś odpowiedzialność. Rząd jednak wprowadził zakaz pobierania wynagrodzenia przez urzędników państwowych reprezentujących Skarb Państwa w spółkach prawa handlowego.
W proteście przeciwko sposobowi przeprowadzenia akcji „czyste ręce” do dymisji podał się m.in. Andrzej Olechowski, a Danuta Hübner zrezygnowała z wynagrodzenia w Powszechnym Banku Kredytowym.
Ustawa z 1997 r. zastąpiła obowiązujące od pięciu lat podobne przepisy antykorupcyjne. Nowe prawo znacznie poszerzyło krąg zobowiązanych do składania oświadczeń majątkowych. Poza osobami na kierowniczych stanowiskach państwowych różnych szczebli, pracownikami NIK, banków, przedsiębiorstw państwowych i zasiadającymi w jednoosobowych spółkach Skarbu Państwa oświadczenia mają także składać m.in. sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, urzędnicy służby cywilnej, pracownicy izb obrachunkowych, samorządowych kolegiów odwoławczych, członkowie zarządów gmin, ich sekretarze i skarbnicy oraz w ograniczonym zakresie sędziowie i prokuratorzy.
Ustawa zakazuje im zasiadania w zarządach, radach nadzorczych spółek państwowych lub samorządowych, zarządach fundacji prowadzących działalność gospodarczą. Nie mogą także zatrudniać się, przed upływem roku od odejścia z funkcji, w instytucjach, wobec których działali jako funkcjonariusze publiczni.
politycy, korupcja, kapitalizm polityczny, NIK, majątek, lista Cimoszewicza, Kempski Marek, Buchacz Jacek, Sobierajski Czesław, Goryszewski Henryk, Janiszewski Jacek, Szlązak Jan, Podkański Lesław, Działoszyński Karol