POLITYKA

Poniedziałek, 24 lipca 2017

Polityka - nr 8 (2693) z dnia 2009-02-21; s. 78-79

Świat

Magdalena Mughrabi

Palec w atramencie

Po dwóch latach wojny domowej Irakijczycy wybrali nowe rady prowincji. Tym razem w wyborach nikt nie zginął, ale nowa władza coraz bardziej przypomina tę z przeszłości.

Od tygodni bagdadzcy kierowcy autobusów musieli upominać pasażerów, by ci płacili za przejazd. Ludzie byli zbyt pochłonięci dyskusjami, a każda rozmowa schodziła na ten sam temat: kto i jak powinien rządzić krajem? O 440 miejsc w radach prowincji walczyło aż 14 431 kandydatów. Byli wśród nich lekarze, nauczyciele, biznesmeni i sklepikarze, o których nikt wcześniej nie słyszał i którzy z polityką niewiele mieli wspólnego. Po raz pierwszy też ludzie publicznie debatowali na kontrowersyjne tematy bez strachu przed muchabarat, czyli służbami bezpieczeństwa Saddama, czy bojówkami, które zawładnęły Irakiem po inwazji amerykańskiej.

W 14 z 18 prowincji, gdzie odbyły się wybory (trzy kurdyjskie prowincje i Kirkuk głosować będą pod koniec roku), ulice miast były oblepione wielkimi plakatami tysięcy kandydatów. Niektórzy zwolennicy przyklejali zdjęcia swoich faworytów na szyby samochodów. Partie nie szczędziły pieniędzy na balony i ulotki, bardziej pomysłowi kandydaci wysyłali wyborcom pozdrowienia esemesem, uprzejmie prosząc o głos. Kobiety kandydatki, którym jeszcze rok temu bojówkarze grozili śmiercią za zbyt wyzywający makijaż czy wyjście z domu bez chusty, teraz zaczepiały przechodniów, prosząc o wsparcie w wyborach. Członkowie partii chodzili od domu do domu, przedstawiając swój program wyborczy.

Niezależna komisja wyborcza zatrudniła aż 210 tys. nauczycieli do obsługi punktów wyborczych. Postawiła na nauczycieli, bo ci cieszą się ogólnym szacunkiem, nikt nie podejrzewałby ich o oszustwo, a same lokale wyborcze umieszczono w szkołach. Po Bagdadzie krążyły plotki, że w punktach wyborczych nie ma przerw w dostawach prądu, by zachęcić ludzi do głosowania. Bliskowschodnim zwyczajem każdy, kto zagłosował, musiał zamoczyć palec wskazujący w atramencie. Wymyślone po to, by uniemożliwić wielokrotne głosowanie, fioletowe palce stały się symbolem dumy ze spełnionego obowiązku obywatelskiego. Wydawałoby się, że Irak nagle poczuł smak demokracji.

Wybory do rad prowincji wcale nie były pierwszymi od upadku Saddama Husajna. Ale nadzieje wiązane z poprzednimi legły w gruzach. W zbojkotowanych przez sunnitów wyborach w 2005 r. Irakijczycy wybrali parlament, który doprowadził do krwawej wojny domowej. Dopiero dwa lata później premier Nuri Al-Maliki zdołał z pomocą Amerykanów przerwać błędne koło przemocy na tle religijnym i etnicznym. Szyicki pragmatyk, który w 1979 r. uciekł do Syrii przed egzekucją z rąk Saddama, wrócił do Iraku tuż po upadku dyktatora. Gdy w 2006 r. zastąpił poprzedniego premiera Ibrahima al-Dżafaariego, amerykańska ambasada nie była nawet pewna jego prawdziwego imienia.

Jeszcze rok temu Maliki wydawał się słabym, niekompetentnym przywódcą, a sami Amerykanie wielokrotnie chcieli go zastąpić. Utrzymał się tylko dlatego, że nie było lepszego kandydata na jego miejsce. Na Amerykę się jednak nie obraził, wręcz przeciwnie, współpracował, gdy było mu to na rękę, a przede wszystkim ściągał sprawdzone pomysły. Swoją kampanię wyborczą oparł na haśle „zmiany” i insad – szyickich plemiennych radach wsparcia, które założył na wzór Rad Przebudzenia, sunnickich grup powołanych przez Amerykanów do zwalczania Al-Kaidy w Iraku.

Insad mają swoje biura w każdej dzielnicy i miasteczku, gdzie głównie piją herbatę i godzinami obserwują przechodniów. W przeciwieństwie do szyickich rad nie noszą broni, tylko donoszą na podejrzanych na policję. A gdy premierowi trzeba okazać wsparcie, zorganizują demonstrację, jak na przykład po podpisaniu porozumienia o wycofaniu wojsk amerykańskich do końca 2011 r. Skuteczne działania Malikiego na rzecz bezpieczeństwa nadały mu wizerunek narodowego przywódcy i to jego Koalicja Państwa Prawa jest zwycięzcą styczniowych wyborów. Wygrała w najważniejszych miastach oraz na szyickim południu.

Maliki był twardy wobec wszystkich. Najpierw zyskał uznanie sunnitów, atakując szyicką armię Mahdiego w bagdadzkim slumsie Sadr City, po czym się od nich odwrócił, nakazując wyłapanie przywódców sunnickich Rad Przebudzenia. Później wziął się za zwalczanie Al-Kaidy w sunnicko-szyicko-kurdyjskiej prowincji Dijala na północy Iraku, gdzie przy okazji aresztował również peszmergów, czyli kurdyjskich bojowników, którzy okupowali te tereny. Tym rozwścieczył Kurdów, ale zadowolił resztę arabskich Irakijczyków, którzy w Malikim w końcu zobaczyli narodowego lidera.

Wyborcy docenili przede wszystkim fakt, że zapanował nad wszystkimi uzbrojonymi grupami, ale pomógł mu w tym również mocno nacjonalistyczny program polityczny. Cztery lata bezprawia i skorumpowanych rządów partii religijnych, a w szczególności Islamskiej Najwyższej Rady Iraku, zniechęciły większość Irakijczyków do mieszania islamu z polityką. Zrozumieli, że szyiccy duchowni wykorzystują islam do własnych celów politycznych i stracili do nich szacunek. Zbyt dobrze pamiętają chaos ostatnich dwóch lat, by znów na nich głosować.

<...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]