POLITYKA

Czwartek, 19 października 2017

Polityka - nr 19 (3109) z dnia 2017-05-10; s. 5

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Pan prezydent powiedział

Przy okazji wyborów we Francji mogliśmy się przekonać, jak ryzykowny politycznie jest system prezydencki, jak wrażliwy na przebieg kampanii, ale także jak istotne są ustrojowe relacje między silną prezydenturą a parlamentem i pozostałymi instytucjami państwa. Na sugerowane przez Andrzeja Dudę pytanie w ewentualnym przyszłym referendum konstytucyjnym o to, czy wzmocnić władzę prezydenta, jedyna poprawna (i kompletnie bezużyteczna) odpowiedź brzmiałaby: to zależy. Także od tego, kogo sobie na tym stanowisku wyobrażamy.

W polskiej konstytucji prezydentura jest tak umocowana, że choć ogranicza realną władzę głowy państwa, pozwala gromadzić poparcie środowisk znacznie szerszych niż własny obóz polityczny. Funkcja prezydenta jest w znacznej mierze osobista, nie podlega partyjnej kontroli, kadencja jest nieskracalna, ochrona i pensja dożywotnie, ba, nawet perspektywa reelekcji jest tym pewniejsza, im szersze niż jednopartyjne poparcie. Słowem, daje szanse wyjścia z partyjnego przedpokoju. Niestety, Andrzej Duda zgodził się na ograbienie swojego urzędu z wiarygodności i znaczenia, czyniąc go de facto bezwartościowym nie tylko dla państwa, ale nawet dla własnej partii. W jakiś cyniczny sposób Duda miał rację, deklarując ostatnio, że przecież nie jest i nie może być „prezydentem wszystkich Polaków”, bo nie wszyscy na niego głosowali. Ale na tym właśnie polega ustrojowa i moralna istota tego urzędu, w polskiej wersji, że prezydent powinien także wysłuchiwać, reprezentować i choćby symbolicznie dowartościować tych, którzy na niego nie głosowali. Teraz retoryczne pytanie: czy Andrzej Duda, przez już niedługo dwa lata urzędowania, zrobił cokolwiek, wykonał jakikolwiek istotny gest w stronę opozycji, wykroczył choć odrobinę poza najprościej rozumiany interes własnej partii, czy choć raz cofnął się przed złamaniem konstytucji, na którą przysięgał? Pamiętamy być może jeszcze buńczuczne zapowiedzi powołania jakichś pluralistycznych Rad Rozwoju, wielopartyjnych konsultacji w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, otwartych debat na temat tzw. reform edukacji i sądownictwa – i co? I pstro – jak pewnie skomentowałby Pan Mariusz z wiadomego kabaretu.

Andrzej Duda, pod presją kolejnych państwowych świąt, a także pewnie z własnej woli, był ostatnio nadzwyczaj aktywny, co dość zgodnie zostało odczytane jako desperacka próba zmiany wizerunku, który przykleiło mu „Ucho prezesa”. Postać Andrzeja/Adriana, bezskutecznie oczekującego na audiencję u prezesa – choć w kabarecie jakoś sympatyczna i budząca współczucie – jest dewastująca dla wizerunku głowy państwa. Dymisja dotychczasowego rzecznika Marka Magierowskiego zapowiada więc próbę wizerunkowego resetu; być może taki też był najgłębszy motyw propozycji referendum. Trudno przecież uwierzyć, aby Andrzej Duda był na tyle zadufany czy niemądry, by naprawdę sądzić, że może stanąć na czele ogólnonarodowej, ponadpartyjnej debaty o doskonaleniu ustroju państwa (polecam analizę Ewy Siedleckiej na s. 10). Kiedy Andrzej Duda wygrywał wybory, miałem trochę nadziei, że jako pierwszy polityk PiS formalnie niezależny od prezesa, w dodatku młodszy od niego o pokolenie, będzie budował własną pozycję i przyszłość raczej łagodząc, niż zaostrzając polski konflikt polityczny, że stworzy wokół swojego urzędu jakiś ośrodek społecznej refleksji, dialogu, choćby spotkań. Złudzenia prysły, gdy prezydent, pod osłoną nocy, pilnowany osobiście przez prezesa, przyjął ślubowania od bezprawnie powołanych, partyjnych sędziów Trybunału. Ale nawet dziś trudno zrozumieć, dlaczego Andrzej Duda sam odbiera sobie jakiekolwiek możliwości komunikacji ze środowiskami spoza najtwardszego elektoratu PiS.

Zademonstrował to ostatnio po raz kolejny, mówiąc w TVP o przeciwnikach obecnej władzy: „Miejmy tego świadomość, że dzisiaj dzieci i wnuki zdrajców Rzeczpospolitej, którzy tutaj walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk”, ba, „bardzo często jest tak, że ci zdrajcy [którzy strzelali do Polaków w tamtym czasie] mają dziś wpływ na życie publiczne”. Nie chodzi już nawet o prymityzowanie polskiej historii, o zarzuty dywersji kierowane wobec 90-latków, o retorykę, wedle której o „utrzymanie sowieckiej dominacji” walczyli zapewne chłopi przejmujący z rąk nowej władzy ziemię w reformie rolnej, żołnierze zmobilizowani do LWP czy repatrianci zasiedlający, pod osłoną Armii Czerwonej, poniemieckie terytoria. Najciekawsze jest coś innego: otóż prezydent RP wyraźnie przywołał, sformułowaną kiedyś bodaj przez posła Marka Suskiego, koncepcję tzw. genetycznych zdrajców i genetycznych patriotów.

Jeśli kolejne pokolenia – nie tylko dzieci tych, którzy budowali Polskę Ludową, ale także ich wnuki – przejmują skłonność do zdrady (albo patriotyzmu, bo obecnie „trzecie pokolenie AK walczy z trzecim pokoleniem UB”), to znaczy, że nie chodzi tu o ewentualny wpływ wychowawczy, zawsze niejednoznaczny, ale o dziedziczne cechy determinujące „genetyczną” wrogość wobec państwa i narodu. To na odległość śmierdzi, przepraszam, jakąś wersją rasizmu; kiedyś takie cechy przypisywano Żydom. Dziś dla „genetycznych patriotów”, reprezentowanych przez prezydenta, sprawa jest pewnie bardziej złożona, bo wrogowie narodu nie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]