POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 27 (3117) z dnia 2017-07-05; s. 14-16

Temat tygodnia

Rafał Kalukin

Państwo to ja

Zarzut, że Jarosław Kaczyński dzieli Polskę, właśnie się oficjalnie przedawnił. Teraz usiłuje ją połączyć, aby odzyskaną całość podporządkować swej woli. Jak temu przeciwdziałać?

Gdyby niedawny „kongres programowy” PiS – zamiast w Przysusze na rubieżach Mazowsza – odbywał się w Sali Kongresowej, deja vu byłoby absolutne. Bo rytuał niemal identyczny jak na dawnych zjazdach kompartii.

Podobne napięcie towarzyszące oczekiwaniu, co ogłosi „pierwszy”; kogo pochwali, a kogo zgani, w jakiej kolejności i zestawieniach. Jego słowa z trybuny zjazdowej tak samo jak kiedyś niekoniecznie znaczą to, co znaczą. Potrzeba głębokiej znajomości stosowanej przez niego ornamentyki retorycznej, aby właściwie odczytać sygnały. Mniej zorientowani mają problem z niby to przypadkiem wtrąconymi dygresjami. Trudno im np. rozeznać, czy „pierwszy” pochwalił panią premier za to, że ogólnie rzecz biorąc jest świetnie, czy też bezosobowo zganił sugestią wystąpienia jakiegoś zaniedbania, o którym wie tylko ona i jej najbliższy krąg. Bez fachowej interpretacji ani rusz. Toteż kuluary po przemówieniu „pierwszego” niepewnie starają się zrekonstruować poukrywane prawdziwe sensy.

Kolejność pozostałych wystąpień dostarcza z kolei budulca spekulacjom na temat wewnętrznej hierarchii w strukturze władzy. Wicepremier Morawiecki przemówił zaraz po „pierwszym”, więc jego akcje najwyraźniej wciąż stoją wysoko. Pani premier nie przemówiła wcale, więc jej pozycja słabnie. Ale i tego można się jedynie domyślać. Pewne jest tylko to, że formalna ranga stanowisk państwowych ma się nijak do faktycznej.

Wszystko w tym świecie jest na opak i wbrew semantyce. Kongres programowy? Wyobraźnia podpowiada dyskusję nad programem rządzącej partii, wielość krzyżujących się opinii i poglądów, kompromisy zawarte w tekstach uchwał. Tyle że ten kongres nie przyjmie żadnej programowej uchwały. O dyskusji też zresztą nie ma mowy. Zwiezione tu z całej Polski setki delegatów mogą tylko klaskać. Ich jedynym narzędziem komunikacji z „górą” są dłonie.

I nawet przyjemnie by się dalej kpiło, gdyby nie to, że widowisko doskonale spełniło rolę, jaką mu wyznaczono.

My, poddani

„Czy polscy obywatele mają prawo wyboru władzy wbrew woli elit? Czy Polacy, rząd przez nich wybrany, ma prawo naprawiać Polskę wbrew woli elit? Czy Polacy, rząd przez nich wybrany, ma prawo przeciwstawiać się hegemonii i eksploatacji Polski?” – mnożył pytania retoryczne Jarosław Kaczyński.

Był rozluźniony, swobodny, nawet pozwalał sobie na akcenty autoironiczne. Lecz zbitka „Polacy, rząd przez nich wybrany” – choć brzmiała tak, jakby autor sam się zdyscyplinował, precyzując nazbyt szeroko zakreśloną na wstępie kategorię – nie była przypadkowa. Chodziło właśnie o to, aby jedno z drugim zrównać. Bez wchodzenia w niuanse o większości i mniejszości. Bez wnikania w istotę demokratycznej reprezentacji. Sprawa jest prosta: Polacy równa się rząd. Koniec, kropka.

Hasło kongresu (powtórzone kilka razy w przemówieniu „pierwszego”) brzmiało: „Polska jest jedna”. Ta z pozoru banalna fraza oddaje imperialne ambicje PiS, sugerując dokonane właśnie przesunięcie. Bo do tej pory, i to od wielu lat, Kaczyński specjalizował się przecież w budowaniu bipolarnych układów. Są w Polsce tacy i tacy. Jedni dobrzy, drudzy źli. Solidarni i liberalni. Genetyczni akowcy i kapepowcy. Ci, co stoją tam, gdzie stali, i ci, co stoją tam, gdzie ZOMO. Polacy lepszego sortu i gorszego.

Jednak nastał czas, aby skończyć z podziałem. Spór ostatecznie został rozstrzygnięty. Teraz „Polska jest jedna”. Nasza, wspólna. Ma swoje bezdyskusyjnie już ustalone wartości, swoje plany i ambicje, wreszcie swój rząd. A tamci – liberałowie, kapepowcy, zomowcy – stali się tak nieznaczący, że w zasadzie już ich nie ma. Nie warto wręcz trudzić się nad znieważającym ich nowym epitetem, nawet jeśli sala bez wątpienia doceniłaby taki wysiłek.

„Pierwszy” niejeden raz w swym wystąpieniu podkreślał nieważność „onych”. „Nie ma sensu się nimi zajmować”. „To nie jest tak, że poglądy kapepowców i ich następców, a poglądy polskich patriotów to są poglądy równoważne”. „Były (sic!) dwie Polski i różni ludzie. Ale trzeba pamiętać o tym co dobre”.

Dawał Kaczyński do zrozumienia, że wspomina o „tamtych” już tylko dlatego, że szczekają nadspodziewanie głośno jak na ich wymiar. Nie ma jednak żadnego uzasadnienia dla ich krytyki. Jeśli więc nadal krytykują, to dlatego, że podważają legitymację władzy. Czyli że nie potrafią pogodzić się z demokratyczną decyzją Polaków. Powinni zatem zamilknąć albo nie będzie dla nich miejsca.

„Polska jest jedna” z kongresu PiS pozornie kojarzyć się może z republikańską wspólnotą. Ze sławnym „my, naród” (we, the people) z amerykańskiej konstytucji. Oczywiście bez narzucających w polskim tłumaczeniu etnicznych konotacji; chodzi o piękny ideał, o którym wzniośle pisał Alexis de Tocqueville, iż „lud rządzi amerykańską rzeczywistością polityczną tak, jak Bóg ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]