POLITYKA

środa, 26 listopada 2014

Polityka - nr 13 (2647) z dnia 2008-03-29; s. 102-103

Ludzie / Prawo

Krzysztof Burnetko

Paragraf 132

Paragrafy kodeksu karnego o znieważaniu i pomawianiu narodu zyskują ostatnio na popularności. Powołują się na nie zarówno ci, którzy nazywają siebie obrońcami Polski i polskości, jak i ci, którzy uważają ich za antysemitów i chcą bronić Żydów przed napaściami.

Niedawno krakowska prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie „publicznego znieważenia i pomówienia Narodu Polskiego” w książce Jana Tomasza Grossa „Strach”. Oczywiście, wychodzące od najbardziej zagorzałych przeciwników Grossa żądania, by autora – a już na pewno wydawnictwo Znak – ścigać karnie, tylko się nasiliły. Z kolei prokuratura w Toruniu rozpoczęła śledztwo dotyczące wypowiedzi Tadeusza Rydzyka w trakcie spotkania ze studentami prowadzonej przez niego Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Dyrektor Radia Maryja miał między innymi stwierdzić, że dzięki sprawie Jedwabnego Żydzi wyłudzili 65 mld dol. Początkowo prokuratorzy nie dopatrzyli się w tym „ustawowych znamion czynu zabronionego”. Po zażaleniu Związku Wyznaniowego Gmin Żydowskich sąd nakazał jednak podjęcie postępowania pod kątem ewentualnego znieważenia narodu żydowskiego.

Zestawienie obu tych decyzji może u sporej części politycznej publiczności budzić pytanie: niby dlaczego organy państwa chcą chronić cześć Żydów, a nie chcą – by użyć języka Radia Maryja (ale nie tylko) – bronić czci Polaków?

Mrożące prawo

Do niedawna kodeks karny przewidywał sankcje za „publiczne znieważenie Narodu Polskiego” (art. 133). Prof. Piotr Kardas z Katedry Prawa Karnego UJ komentuje: – Znieważenie oznacza zachowanie mające obelżywy, obraźliwy charakter, polegające na uczynieniu sobie z narodu polskiego pośmiewiska, okazywaniu pogardy czy uwłaczaniu szacunkowi oraz czci przysługującej narodowi. Dodaje też, że pojęcie „znieważa” zakłada niemożność ocenienia takiego zachowania w kategoriach prawdy lub fałszu. Przestępstwo to może być popełnione tylko umyślnie: sprawca musi działać z zamiarem znieważenia. Istotna jest też forma wypowiedzi, bo samego wyrażenia jakiejś opinii, bez elementów obraźliwych, nie można uznać za znieważenie. Pytanie tylko, gdzie jest granica „obraźliwości”. Z kolei kodeksowe pojęcie narodu polskiego obejmuje wszystkich obywateli Rzeczpospolitej – decyduje więc posiadanie obywatelstwa, a nie kryterium przynależności narodowej.

Pomysł, by to kodeks karny stał na straży narodowej godności, nie jest ani oryginalny, ani nowy. Pojawił się już w faszystowskich Włoszech jako efekt przekonania, że naród włoski jest szczególną wartością i obdarzony został nadzwyczajną godnością, którą trzeba chronić. Podobny przepis zawierał potem także słynny kodeks karny II RP. Współtwórca tej regulacji prof. Juliusz Makarewicz zastrzegał jednak, że aby znieważyć naród polski, trzeba powiedzieć coś obraźliwego wobec wszystkich obywateli polskich, niezależnie od ich pochodzenia etnicznego. Tym samym za przestępstwo znieważenia narodu polskiego nie uważał m.in. sytuacji, w której ktoś, choćby i w obelżywy sposób, zarzuca obywatelom polskim narodowości polskiej, że zrobili coś złego obywatelom polskim innej narodowości.

Jesienią 2006 r. zwolennicy tzw. polityki historycznej, rozliczeń z przeszłością i lustracji wprowadzili do obecnego kodeksu kolejny artykuł mający chronić cześć narodu. Odpowiedzialność karna (do trzech lat więzienia) grozić ma także za publiczne pomawianie narodu „o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie”. Co też istotne: pomówienie polega na głoszeniu zarzutów dotyczących faktów – a więc tym razem o treści możliwej do zweryfikowania w kategoriach prawdy bądź fałszu. Przestępstwo z art. 132a jest ścigane na dodatek z urzędu. Regulację tę przeforsowano mimo protestów wielu historyków, którzy widzieli w niej zagrożenie dla swobody badań naukowych („Polityka” 47/06). Prawnicy nazywają to efektem mrożącym.

Na takie skutki nowego przepisu wskazuje m.in. rzecznik praw obywatelskich, który zaskarżył go do Trybunału Konstytucyjnego (sprawa czeka na rozpatrzenie). Uzasadniając swój wniosek, zwrócił m.in. uwagę, że nie tylko historycy, ale i sam ustawodawca w innych regulacjach przyznaje, że przedstawiciele narodu polskiego brali udział w zbrodniach komunistycznych i nazistowskich. Zrobił to w wydanym tuż po wojnie dekrecie „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców Narodu Polskiego”. Nakazuje on ściganie m.in. osób, które „idąc na rękę władzy państwa niemieckiego lub z nim sprzymierzonego brały udział w dokonywaniu zabójstw bądź też poprzez wskazanie lub ujęcie działały na szkodę osób ze względów politycznych, narodowościowych, wyznaniowych lub rasowych poszukiwanych lub prześladowanych”.

Podobne wnioski płyną z ustawy o kombatantach oraz osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego, a także z ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Nie ma bowiem wątpliwości, że do funkcjonariuszy państwa komunistycznego należały osoby wchodzące w skład narodu polskiego. Co więcej, zaprzeczanie faktom popełniania owych zbrodni zagrożone jest odpowiedzialnością karną właśnie z mocy ustawy o IPN. Z absurdu tego wynika nierozwiązywalny problem: wyznaczenia granicy, której przekroczenie pozwoli stwierdzić, że mamy do czynienia z nieprawdziwym ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]