POLITYKA

środa, 24 maja 2017

Polityka - nr 42 (3081) z dnia 2016-10-12; s. 16-18

Temat tygodnia

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Parasolki wróżą burzę

Aborcyjna epopeja wzbudziła nowe emocje, wywołała inne podziały i pęknięcia w polskiej polityce niż te ujawniające się rutynowo w wyborach. Partie po Czarnym Proteście wydawały się kompletnie pogubione. Co to oznacza dla życia publicznego?

Akcja kobiet, ale też wspierana przez wielu mężczyzn, wywołała potężne polityczne zamieszanie. Na poprzedniej okładce POLITYKI pytaliśmy: „Czy PiS się ugnie przed masowym buntem?”. Ugiął się. I to szybko, nawet panicznie. Zresztą w partii rządzącej i jej elektoracie też ujawniły się podziały. Jedni mówili o zdradzie wartości, niezdaniu próby charakteru przez drużynę Jarosława Kaczyńskiego, ale drudzy – niemal o spisku, podrzuceniu kukułczego jaja aborcji po to, aby PiS się przewrócił i nie mógł dalej naprawiać Polski, a zwłaszcza rozliczyć Tuska. Aborcja nagle objawiła się wręcz jako zagrożenie dla spoistości władzy, jedności partii. W PiS pojawiły się opinie, że choć projekt zaproponowały środowiska konserwatywne, to skorzysta liberalna opozycja, licząca na ideowy podział PiS, utratę większości rządzącej, może nowe wybory. Ratunkowy plan prezesa miał więc w tej interpretacji znacznie większy wymiar niż sam problem aborcji. Trzeba było przełknąć upokorzenie i zarzuty o niekonsekwencję, aby ocalić całą misję „zmieniania Polski”. Zyskanie rubelka, ze znanego powiedzenia prezesa PiS, już nie wchodziło w rachubę, gra szła tylko o to, aby nie stracić dotychczasowych.

Pojawiły się też po prawej stronie zarzuty bezczynności, popadania w samozadowolenie: „Lewica szaleje, prawica śpi. Poszła w dyrektory i celebruje zdobyte biurka. Wielu z nich już się łasi do swoich rzeźników (…), śpią ludzie, śpią organizacje” – napisał na prorządowym portalu wPolityce.pl wyraźnie wzburzony Jacek Karnowski. A Piotr Semka dodał: „Prawa strona musi się obudzić, mówię o wyborcach, z takiego snu, braku aktywności (…)”. Z kolei Michał Karnowski, brat Jacka, próbuje pocieszać: „Skrajna lewica triumfuje dziś, przekonana, że odniosła jakiś ogromny sukces, że przestraszyła Polaków i przeciągnęła na swoją stronę centrum społeczne. Czy na pewno? Owszem, trochę zamieszania było, ale nie przeceniałbym trwałości poruszenia. Co ważniejsze, rzekomi zwycięzcy pokazali Polakom swoją chwilami odrażającą twarz”. „Uliczna tłuszcza w czarnych ubraniach” – podsumował komentator „Rzeczpospolitej” Filip Memches.

Ale posypały się też opinie, że oto „lewica wróciła z marginesu”, że demonstrujące dziewczyny to nie same „sfrustrowane feministki”, że warto je rozpoznać i próbować do nich dotrzeć. Nagle okazało się, że „siły lewicowe i liberalne” są w stanie tak działać, jak wcześniej prawica choćby „w obronie Radia Maryja”, szybko, masowo, spektakularnie, jeszcze efektowniej – i w sumie efektywniej – niż KOD. To wywołało szok. Prezes PiS nie miał tęgiej miny podczas procedowania w Sejmie nad odrzuceniem całkowitego zakazu aborcji, ale też widać było w nim determinację człowieka, który wie, że działa – z punktu widzenia politycznej skuteczności – racjonalnie. Wolał zaryzykować gniew środowisk (w tym episkopatu), które zna i nad którymi w gruncie rzeczy panuje, niż protest grup, których wpływów w społeczeństwie nie jest w stanie oszacować. Zareagował zatem tak, jak dotąd, socjalem, który dał PiS władzę i wciąż ją stabilizuje – premier Szydło obiecała budżetowe miliardy, tym razem dla matek z trudnymi ciążami.

Co ciekawe, rozmachem i formą protestu zaskoczona wydawała się również opozycja. Tak naprawdę nie miała w tych dniach jasnego przekazu, błąkając się pomiędzy postulatami pozostawienia status quo, nieokreślonej liberalizacji ustawy i „niekaraniem kobiet”. Platforma Obywatelska była nawet początkowo przeciwko dyskutowaniu o sytuacji polskich kobiet w Parlamencie Europejskim, tak jak PiS. Po fakcie próbowała to sztucznie i nerwowo przykryć pobudzoną aktywnością. Na konwencjach programowych Nowoczesnej, a potem PO nie było żadnych na nowo przemyślanych propozycji w sprawie aborcji. Grzegorz Schetyna, jako że właśnie mleko się rozlewało, zdążył wymyślić obietnicę, że gdy Platforma będzie miała taką możliwość, do konstytucji wprowadzi zapis sankcjonujący tzw. kompromis z 1993 r. Akurat emocje w tej sprawie poszły dalej i Schetyna, niezmuszany przecież do takiej deklaracji, od razu odciął od siebie rosnącą grupę tych, którzy zaczęli postrzegać obowiązującą ustawę jako zbyt restrykcyjną, a jak pokazują sondaże, takich osób przybywa.

To ogólne zagubienie widać było także podczas dramatycznych posiedzeń komisji sprawiedliwości, a potem Sejmu, kiedy PiS „przeprowadzało odrzucenie” obywatelskiego projektu Ordo Iuris. Ze strony opozycji padło żądanie przeniesienia obrad komisji aż na styczeń 2017 r., potem zarzucano PiS, że „nie ma honoru”. Można było odnieść wrażenie, że niektóre posłanki wręcz chcą sprowokować Kaczyńskiego, aby projektu nie odrzucał. Zapewne był w tym interes polityczny: chodziło o to, aby władza dłużej była pod pręgierzem i mogła być „grillowana”. To jednak w zestawieniu ze spontanicznym, szczerym protestem, którego celem było jak najszybsze pozbycie się zagrożenia w postaci radykalnego projektu, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]