POLITYKA

Niedziela, 28 maja 2017

Polityka - nr 48 (3087) z dnia 2016-11-23; s. 26-28

Rozmowa Polityki

Malwina DziedzicMariusz Janicki

Partia jak firma

Szef Nowoczesnej Ryszard Petru o rywalizacji z Grzegorzem Schetyną, sojuszu PiS z Kukizem i korporacyjnym zarządzaniu partią

Malwina Dziedzic, Mariusz Janicki: – Zewsząd słychać, że opozycja nic nie robi, jest niemrawa, nie ma szans w starciu z PiS. Nie martwią pana takie oceny?
Ryszard Petru: – Nie czuję się komfortowo z takimi opiniami. Ale trzeba spojrzeć obiektywnie. Razem z PO mamy średnio w sondażach więcej niż PiS. Na Węgrzech w ogóle nie ma takiego wariantu; tam opozycja wciąż wyraźnie przegrywa z Orbánem. Krytycy powinni doprecyzować, czego konkretnie oczekiwaliby od opozycji. Bo czasem wydaje mi się, że oczekuje się cudu. Przypomnę, że opozycja z definicji ma mniejszość głosów. Przez ostatnie 26 lat rządy zawsze były koalicyjne, różne środowiska ze sobą się kłóciły, były elementy słabości, które opozycja mogła wykorzystać. A tu mamy jedność partii rządzącej, co więcej, PiS ma zaplecze w postaci Kukiz’15.

To widać w wynikach sejmowych głosowań. Między rządzącymi a opozycją jest przepaść. To nie jest kilka głosów różnicy, ale kilkadziesiąt.
Czasem nawet nie patrzę na tę tablicę głosowań, bo wiem, że i tak przegramy. Niepokoi mnie jednak ten stały nieformalny sojusz PiS z kukizowcami. Zawsze, kiedy jest niepewna sytuacja, do ław kukizowców podchodzi poseł Suski, szepcze coś do Pawła Kukiza albo Marka Jakubiaka i zaraz ich klub głosuje „jak trzeba”. Kukiz’15 to ukryty sojusznik PiS. Zatem, żeby wygrać z PiS, opozycja musi mieć więcej niż Kukiz plus PiS, a nie tylko PiS. I taki jest cel. Bardzo realny.

Wygląda jednak na to, że znów czeka nas sytuacja, w której wyborcy będą głosować nie „za” ugrupowaniem pana lub Grzegorza Schetyny, ale „przeciwko” partii Kaczyńskiego, bez „miłości”, bez entuzjazmu. Czy da się coś z tym zrobić?
Jako opozycja na pewno robimy błędy, moglibyśmy być lepsi. I będziemy. Mogę zadeklarować, że jeżeli będzie wymagała tego racja stanu, dogadam się z Grzegorzem Schetyną, stworzymy koalicję. Przy wszystkich niedoskonałościach Grzegorza i naszych relacjach wiem, że jak do niego zadzwonię i powiem, że chciałbym się dogadać, to się spotkamy i będziemy próbować się porozumieć. Akurat to jest jego zaleta, że się nie obraża. Ale takie dogadywanie się mogłoby mieć sens dopiero rok przed wyborami, na pewno nie teraz, są duże różnice między nami. W PO są spore ruchy odśrodkowe, nie wiem, co z nich wyjdzie, stoję z boku, czekam i patrzę, kto wychodzi. Natomiast, gdyby była sytuacja, że my mamy w sondażach 22 proc. poparcia, PO – 14, a PiS – 30, to jest oczywiste, że trzeba robić koalicję.

Tymczasem pana partyjni koledzy Katarzyna Lubnauer i Paweł Rabiej wydali manifest, w którym odrzucają „mit jednoczenia się”, atakują i PiS, i PO. Po co ten spektakl? Nie lepiej już teraz połączyć siły przeciwko PiS?
Cieszy mnie, kiedy nasze partie współpracują, np. w sprawach Trybunału Konstytucyjnego, Unii czy bezpieczeństwa Polski. Są wspólne wystąpienia, konferencje. Być może niebawem trzeba będzie wspólnie bronić RPO Adama Bodnara. I tutaj ręka w rękę, ponad podziałami. Ale w kwestiach gospodarczych czy np. w takich sprawach jak in vitro mamy inne zdania. To ja pierwszy 7 maja zaapelowałem o jedność. Ale chyba obaj ze Schetyną zgadzamy się, że na takie rozmowy najlepszy czas będzie w 2018 r. – po wyborach samorządowych.

Socjalny wist PiS z 500 plus zmienił paradygmat polskiej polityki. I choć pan i Nowoczesna chcecie uchodzić za ludzi, którzy będą racjonalnie gospodarować publicznymi pieniędzmi, musicie w jakimś stopniu ulec tej modzie na socjalne rozdawnictwo. To z kolei może odejmować wam wiarygodności. Jeśli jednak powiecie, że nie będziecie rozdawać pieniędzy, to jesteście na przegranej pozycji. Jak z tego wybrniecie?
Program 500 plus zmienił sposób myślenia o państwie, upraszczając: każdy może od państwa coś dostać. Koszt takiego myślenia jest bardzo wysoki, nie analizuje się, jakie mają być efekty takiej polityki. Nowoczesna była za tym, żeby pieniądze te nie trafiały do najbogatszych i aby precyzyjniej trafiały do dzieci. Tu nie chodzi o to, aby być obrońcą budżetu, ale o to, aby być obrońcą rozsądku.

Ładnie brzmi, ale co to konkretnie oznacza?
Za Gierka Polska się zadłużyła, a za Jaruzelskiego zbankrutowała. Były kartki, hiperinflacja. I dlatego jako pierwszy kraj w Europie mamy wpisany do konstytucji limit długu w relacji do PKB. Niemcy w latach 30. miały hiperinflację, która doprowadziła Hitlera do władzy, dlatego mają tak silny bank centralny i boją się inflacji. A my mamy traumę bankructwa. I nie ma w Polsce partii, która wprost mówi: zwiększyć deficyt budżetowy! Nawet PiS to ukrywa, bo się wstydzi. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]