POLITYKA

Wtorek, 23 maja 2017

Polityka - nr 2 (3093) z dnia 2017-01-11; s. 25-27

Ogląd i pogląd

Jan Hartman

Partie wiele warte

Znany publicysta Robert Krasowski był łaskaw w artykule „Partie to gangrena” zmieszać z błotem partie polityczne. Wszystkie. Bo „nie ma dobrych partii, są tylko złe i bardzo złe”. Tako rzecze Krasowski, a ja się z nim nie zgadzam.

Musimy wierzyć, że kiedyś ludzkość wymyśli jakąś demokrację bezpartyjną. Jedyną zaletą tych biurokratycznych spółdzielni, powołanych wyłącznie do łupienia stanowisk i zasobów państwa, jest ich zdolność do obalania rządów – twierdzi autor (POLITYKA 52–53/16). Choć Krasowski ma do pomocy samego Maxa Webera, a w dodatku opinię większości, jako stworzenie partiolubne czuję się w obowiązku nawiązać nierówną walkę i spróbować obronić, prawdę mówiąc, swoje morale. Bo za dużo miejsca na ludzi przyzwoitych pan Robert w partiach nie przewiduje. Ot, może paru naiwnych. Reszta to karierowicze, złodzieje, miernoty, zaś partyjny boss o „wodnistych oczach” (Donaldzie ślipia?) to już istny szatan. Wiele to wszystko nie różni się od mafii. Na świecie i w Polsce też. I dotyczy to w zasadzie wszystkich, jakkolwiek SLD Millera wyprzedza pozostałe formacje pod względem stopnia cynizmu i degeneracji. Nie sądzę, by dawny aparat SLD był akurat bardziej pazerny, bezideowy i niekompetentny od aktualnego aparatu PiS, ale mniejsza już o to.

Generalnie daleki jestem od tego, by wprost negować którąkolwiek z tez Krasowskiego dezawuujących całą obrzydliwość partyjniactwa. Zgłaszam jednakże sprzeciw, oparty na jednym skromnym słówku „przesada”. Przesada wypacza obraz, czyniąc z niego karykaturę. A karykatura ma wartości poznawcze umiarkowane i nie można brać jej całkiem na serio. Robert Krasowski zdaje się tego nie zauważać. Napisał pamflet lub satyrę, ale każe nam wierzyć, że to wszystko święta prawda. Owszem, prawda, lecz zaledwie „tyż prawda”. Nie jest aż tak źle, a poza tym partyjny medal ma drugą, lepszą stronę.

Przede wszystkim trzeba przyznać, że nie znamy innego dobrego świata politycznego niż ten nasz. A ten nasz, czy się nam to podoba czy nie, stworzyły właśnie wielkie partie polityczne. Owszem, od kilkunastu dekad monopolizują one procesy demokratyczne i pośrednictwo pomiędzy społeczeństwem a państwem, przy czym w każdym kraju „monopolistów” jest co najmniej dwóch, więc jakiś tam wybór mimo wszystko mamy. A kto by chciał go poszerzyć, to droga wolna. Zakłada nową partię i choć zwykle nic z tego nie wychodzi, to jednak czasem coś się udaje.

Ci zaś, którym wyszło, faktycznie zawładnęli państwem. Na nich więc spada odpowiedzialność, lecz i na nich spływa chwała z racji stworzenia takich drobnostek, jak, powiedzmy, współczesne Stany Zjednoczone, współczesna Wielka Brytania czy Niemcy. Jeśli te państwa są godne podziwu, to doceniać też należy te wielkie partyjne molochy, które je zbudowały, dając rządowi kadry i programy. Partie wigów i demokratów urządziły świat anglosaski, inspirując demokratyczny republikanizm, oparty na parlamentaryzmie i rządach prawa. We Francji pojawienie się partii politycznych w okresie III Republiki, na czele z goszystami, nie pogorszyło, lecz poprawiło jakość życia politycznego.

Korupcja, nepotyzm i rządy oligarchiczne nie zniknęły ani tam, ani gdzie indziej, lecz wszędzie, gdzie zadziałał system partyjno-parlamentarny, z powszechnymi wyborami i kadencyjnością władz, społeczeństwa wchodziły w fazę burzliwego rozwoju. Populizm, pazerność i zakłamanie partyjnych oligarchii okazały się jednak mniejsze niż te same cechy tradycyjnych oligarchii arystokratycznych. Czy Robert Krasowski odważyłby się nazwać niemieckie CDU/CSU i SPD przeżartymi gangreną mafiami? Nie sądzę.

Ten co wywołał mnie z lasu, poniekąd słusznie zauważa w swoim artykule, że wydajność demokracji jest niska i będzie coraz niższa, gdy porównać ją z innymi formami organizacji, na przykład z wielkimi korporacjami, globalną siecią placówek naukowych albo instytucjami finansowymi. Państwa nigdy już nie dogonią tych rekinów. Jednak gdy porównać państwa demokratyczne z reżimami autorytarnymi – współczesnymi i dawnymi – to okazują się sprawniejsze, bardziej profesjonalne, nie mówiąc już o tym, że sprawiedliwsze. I to pomimo całej obrzydliwości tych wszystkich zbiurokratyzowanych i zakłamanych partii, z których te państwa wyrastają. Jakoś tak to już jest, że te drobnomieszczańskie środowiska, wytwarzające „klasy polityczne” w poszczególnych krajach, radzą sobie lepiej (pod presją wyborców) niż arystokratyczno-burżuazyjne oligarchie epoki „przedpartyjnej”, otoczone chmarami lejtnantów i sekretarzy.

Otóż demokracja jest ustrojem sprawiedliwym i racjonalnym tylko wtedy, gdy współistnieje z tzw. rządem ograniczonym, czyli taką formą ustrojową, w której konstytucja gwarantuje z jednej strony niezbywalne prawa i wolności obywatelskie, łącznie z prawem do demokratycznej samorządności i reprezentacji, a z drugiej strony zapewnia podział władz na odrębne i częściowo niezależne od siebie instancje (władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza), co zapobiega skupieniu całej władzy w rękach despoty. Demokracja bowiem sama przez się nie zabezpiecza społeczeństwa przed dyktaturą.

Realne systemy polityczne są dość elastyczne. Podział władz ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Jan Hartman – profesor nauk humanistycznych, kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki Collegium Medicum UJ, publicysta. Zajmuje się metafilozofią, filozofią polityki, etyką i bioetyką. Jest autorem kilkunastu książek, w tym „Etyka! Poradnik dla grzeszników”.