POLITYKA

Poniedziałek, 1 maja 2017

Polityka - nr 5 (5) z dnia 2016-05-11; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 22. Dusza i ciało; s. 30-33

Piękno i seks

Anna Tylikowska

Pas dla pasów cnoty

Dlaczego cielesność i seksualność kobiet XXI w. są represjonowane

Czy Polki są zadowolone z seksu? Według raportu „Seksualność Polaków 2011”, przygotowanego pod kierownictwem prof. Zbigniewa Izdebskiego, swoje życie seksualne za satysfakcjonujące uważa 67 proc. pań. Wyniki badań firmy Durex z 2014 r. to potwierdzają. W czym zatem problem? W tym, że w żadnym z tych badań nie pytano kobiet, jak to zadowolenie rozumieją. Czy oznacza ono dla nich radość? Psychofizyczne uniesienie? Czy wykorzystują związany z seksem potencjał budowania głębokich relacji z własnymi ciałami i partnerami, co służy rozwojowi osobistemu i społecznemu? Czy raczej deklarują zadowolenie z seksu, bo nie znają jego możliwości i niewiele oczekują? A może jest on na tyle rzadki, że zapewnia im święty spokój od własnych ciał i wymagań mężów lub kochanków?

Sondaż wykonany kilka lat temu przez Dentim Body Care wykazał, że tylko 7 proc. Polek jest zadowolonych ze swojego wyglądu. Reszta cierpi na kompleksy związane z wagą, zmarszczkami, wielkością lub jędrnością biustu bądź pośladków, problemami skórnymi. Czy można oddawać się seksualnej rozkoszy, mając w świadomości „niewłaściwą”, naznaczoną cellulitem fakturę swojej pupy? Nie bardzo. A przecież ciało i osiągana dzięki niemu rozkosz nie potrzebują „wyglądać”. Jednak żeby to zauważyć, odpowiedniej kondycji potrzebują umysły kobiet. Tymczasem one są przez kulturę wyćwiczone do dbania o swój obraz w oczach innych ludzi. Zwłaszcza mężczyzn.

Męski świat kobiet

Badań nad zadowoleniem kobiet z własnego ciała i poczuciem związku z nim, podobnie jak dotyczących doświadczania seksualności, właściwie się nie przeprowadza. To znamienne. Ujawnia głęboko w naszej kulturze zakorzenione przekonanie o zasadniczo reprodukcyjnej funkcji kobiet. Epoka, w której mężczyźni zaciągali kobiety do jaskiń, gdzie zmuszali je do prokreacji, minęła. A jednak kobiety XXI w. wciąż tkwią w jaskiniach, w których nie są w stanie dostrzec potrzeb swojej cielesności, a tym bardziej ich zaspokajać. Amerykańska psycholożka Sandra Lipsitz Bem twierdzi, że wszyscy – niezależnie od płci – patrzymy na rzeczywistość przez soczewki androcentryzmu, czyli poglądu stawiającego męskie potrzeby i interesy na pierwszym miejscu.

W czasach, w których fizyczna siła miała realne znaczenie dla przetrwania i rozmnażania, mężczyźni wykorzystywali ją do podporządkowywania sobie kobiet. Nasi męscy przodkowie, z racji wspólnych polowań, mieli skłonność do zawiązywania koalicji, do których nie zapraszali przedstawicielek „słabszej” płci. To przede wszystkim oni tworzyli struktury społeczne, a wraz z nimi systemy ideologiczne oraz prawne. Kobiety na ich poczynania się godziły, bo zapewniały im one ochronę, a poza tym (choćby z racji niższego poziomu testosteronu) niespecjalnie zależało im na posiadaniu władzy. To, co kobiece, było traktowane jako nieistotne i nigdy nie miało w naszej kulturze szansy wyrażenia się pełnym głosem – nie zostało jeszcze nawet rozpoznane.

Mężczyźni coraz rzadziej stosują wobec kobiet przymus bezpośredni, wciąż jednak – jak bezlitośnie wskazują statystyki – zawiadują parlamentami, prawodawstwem, religią, nauką, edukacją i mediami. Dzięki tym nowoczesnym narzędziom kultura od jakiegoś czasu tworzy pozory równości płci, w gruncie rzeczy zakorzeniając w nas coś, co Wojciech Eichelberger nazywa „archestereotypami”. Chodzi o przekazywane z pokolenia na pokolenie sposoby widzenia świata, które są archetypiczne, bo oparte na doświadczeniach naszych przodków. I stereotypowe, bo nie uwzględniają indywidualnych potrzeb i preferencji. Archestereotypy to kulturowe wzorce kobiecych i męskich ról społecznych, które zakorzeniają się w psychice jednostek, kształtując ich spostrzeganie świata i samych siebie, a w efekcie wpływając na życiowe decyzje – począwszy od mało ważnych, dotyczących np. depilacji nóg, a skończywszy na istotnych, takich jak wybór zależności od życiowego partnera bądź samodzielności.

Dziewica, matka, kusicielka, ladacznica, czarownica – te archestereotypy zasiedlające naszą wyobraźnię, wzmacniane oczekiwaniami rodziców oraz przygodnych lub stałych partnerów, nie wspierają kobiet w poszukiwaniu ani wyrażaniu swojej cielesności i seksualności. Skłaniają one kobiety do eksploatowania własnych ciał na rzecz innych – podobania się mężczyznom, rodzenia (czasami niechcianych) dzieci, opieki nad nimi, nad niedomagającymi członkami rodziny i wnukami.

Dziewice, matki i śpiące królewny

Dziewictwo oznaczało pierwotnie duchową otwartość i czystość, połączoną z niezależnością (do tego znaczenia odwołuje się w „Ciężarnej dziewicy” Marion Woodman, analityczka jungowska). Antyczne dziewice nie podporządkowywały się mężczyznom, same decydowały, z którym się związać. Chrystianizacja kultury doprowadziła do zmiany koncepcji dziewictwa ze stanu ducha na stan ciała nienaruszony stosunkiem seksualnym. Błona dziewicza stała się dla kobiet kartą przetargową, mającą zapewnić ich potencjalnych ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]