POLITYKA

środa, 23 sierpnia 2017

Polityka - nr 19 (3109) z dnia 2017-05-10; s. 22-25

Rozmowa Polityki

Jacek Żakowski

Piąta faza

Dr Maciej Bartkowski, dyrektor w waszyngtońskim Międzynarodowym Instytucie Konfliktu bez Przemocy, o ruchach społecznych i o tym, dlaczego same demonstracje nie wystarczą do obrony demokracji

Jacek Żakowski: – Pocieszy pan polskich demokratów?
Maciej Bartkowski: – A co im się dzieje?

KOD-owi się dzieje.
Coś nie tak?

Rozwala się i gaśnie.
To znaczy, że jest dobrze. W tej fazie z reguły zanika zdolność widzenia sukcesu i pojawia się poczucie bezsiły. Przychodzi wielki dołek. Tak musi być, jeśli ruch ma osiągnąć sukces.

By KOD osiągnął sukces, z demonstracji na demonstrację musi przychodzić mniej ludzi? Zarząd musi się kłócić? Muszą być frustracje i żale? W KOD i wokół KOD jest poczucie, że coś znów poszło nie tak. Wszyscy szukają winnych.
To normalne. Jedni się wycofują, a inni denerwują i każdy kogoś obwinia.

Normalne jest, że ruch się rozwala?
Normalny jest kryzys drugiego roku. Ruchy społeczne tak mają. To zawsze źle wygląda. A im bardziej gwałtowny jest wybuch, tym ten drugi rok jest cięższy. Bill Moyer opisał ten proces w latach 80. On prawie zawsze się sprawdza. Według Moyera to typowa piąta faza ruchu społecznego w ośmiofazowym cyklu.

Pół cyklu za nami?
W czasie to może różnie wyglądać, ale fazy są podobne. Najpierw jest cisza, choć problem już powstaje. W drugiej fazie grzechy władzy są nazywane przez coraz liczniejsze osoby. W trzeciej fazie problemy dojrzewają, a wraz z nimi rośnie gotowość do sprzeciwu. W czwartej fazie następuje wybuch społecznego protestu.

Do tego doszliśmy przez cztery miesiące od zaprzysiężenia prezydenta Dudy do pierwszej wielkiej demonstracji. Albo w miesiąc – licząc od powstania rządu Beaty Szydło.
Wybuch zwykle jest zaskakująco gwałtowny. Bo powstający w trzeciej fazie nawis niepokoju i gniewu przeważnie jest słabo widoczny. Ludzie się wkurzają, ale każdy osobno, więc nie wiedzą, jak wielu ich jest ani jak bardzo inni są wkurzeni. A potem drobny incydent, pozornie rutynowa decyzja władzy albo czyjś apel powodują ujawnienie nagromadzonej energii sprzeciwu. Skala często zaskakuje inicjatorów, uczestników, władze.

I powstaje ruch.
Jeżeli są ci, którzy wybuch próbują przekształcić w coś trwalszego. Moyer wyróżnia cztery role, które ludzie odgrywają w takich ruchach. Pierwsza to obywatel tworzący rzeszę uczestników. Druga to rebeliant. Trzecia to reformator. Czwarta to lider zmian. Każda z tych postaci ma cechy dla ruchu pozytywne i negatywne. Np. obywatel jest umiarkowany, przywiązany do wartości demokratycznych, aktywny społecznie. Ale istnieją też obywatele, którzy bardziej utożsamiają się z państwem niż ze społeczeństwem, bardziej służą władzy niż wartościom. Oni bywają dla demokracji groźni, bo włączają się w ruchy autorytarne. Ruch potrzebuje także rebeliantów, którzy mówią „nie”, kiedy łamane są prawa. Piętnują zło i koncentrują na nim publiczną uwagę. Ale bywają też negatywni rebelianci, którzy radykalizują się, gdy ruch jest w dołku. Negatywny rebeliant to często ideologiczny maniak, raczej wódz niż przywódca, czasem mały dyktator albo narcystyczny prowokator. Trudno mu zawierać kompromisy.

Na zebraniu pozytywny rebeliant powie: „Zaraz, zaraz, idziecie w złą stronę”. A negatywny rebeliant mówi: „Jak tak, to ja wychodzę!”?
Dokładnie. Na początku jest bardzo przydatny, a nawet bezcenny, i ma duże zasługi, bo wnosi masę energii i inicjuje działania, ale potem zaczyna być destruktywny. Często staje się prowokatorem, czyli faktycznie narzędziem przeciwników ruchu. Rozbija go od środka.

Doskonale pamiętam tę grupę z pierwszej Solidarności w 1981 r.
Ona jest ważnym czynnikiem w każdym powstającym ruchu, bo najpierw go aktywnie tworzy, a potem podobnie aktywnie niszczy. Jeśli ruch ma przetrwać i odnieść końcowy sukces, tym ważniejsza jest trzecia grupa, czyli reformatorzy. Reformator to człowiek mający zdolność używania istniejących kanałów czy instytucji przybliżających osiągnięcie celów ruchu – sądów, samorządów, referendów, instytucji międzynarodowych, związków zawodowych. W prawie każdym systemie są takie możliwości.

Ale reformator często zadowala się małymi celami. Nie myśli o zasadniczych zmianach. Skupiając się na utrzymaniu status quo w ruchu, dusi inicjatywę. Zadowalając się tym, co się udaje, nie widzi potrzeby robienia czegoś innego.

„Wychodzą nam demonstracje, to róbmy demonstracje”?
A ruchy są zawsze w drodze. Nie warto zrywać z tym, co się udaje – póki się udaje – ale trzeba szukać nowych form. W tym reformatorzy zwykle nie pomagają. Zwłaszcza że mają tendencję do blokowania awansu nowych działaczy. To wytwarza naturalne napięcia między reformatorami a liderami zmian. Bo liderzy chcą przede wszystkim edukować.

Na przykład?
Pozytywnym przykładem ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Dr Maciej Bartkowski jest dyrektorem Edukacji i Badań w waszyngtońskim Międzynarodowym Instytucie Konfliktu bez Przemocy. W Johns Hopkins University wykłada strategię oporu bez przemocy. Jest m.in. redaktorem „Rediscovering Nonviolent History. Civil Resistance in Liberation Struggles and Nation-Making”.