POLITYKA

Piątek, 31 marca 2017

Polityka - nr 37 (2722) z dnia 2009-09-12; s. 40-43

Rynek

Witold M. Orłowski

Pierwsze urodziny kryzysu

Rok temu, niemal z dnia na dzień, niepokoje na rynkach finansowych zmieniły się w globalny kryzys. Najcięższy od dziesięcioleci.

Niebo zwaliło się na głowę 15 września 2008 r., kiedy Lehman Brothers – jeden z pięciu największych banków inwestycyjnych na Wall Street, duma światowych finansów, symbol niemal nadludzkiej umiejętności pomnażania pieniędzy – nagle ogłosił, że jest bankrutem. Jeszcze tydzień wcześniej niemal nic nie wskazywało na to, że nadciąga tsunami. Na giełdach panowała oczywiście nerwowość, ale spadki cen akcji zdawały się uspokajać, a analitycy wyliczali, że jesteśmy już blisko dna, od którego indeksy giełdowe się odbiją. Banki na całym świecie również były zaniepokojone, ale setki miliardów dolarów i euro wpompowane od początku roku na rynek przez główne banki centralne świata powodowały, że nie brakowało im gotówki. Ceny nieruchomości w USA od roku spadały, ale przeciętnemu Amerykaninowi nie przychodziło jeszcze do głowy, że jego dom może być skonfiskowany przez bank na poczet niespłaconych kredytów. Tempo wzrostu PKB na całym świecie nieco się obniżyło, ale w większości krajów Europy i w USA nadal było dodatnie.

A w Polsce? Gospodarka wciąż pędziła w tempie 6 proc., bezrobocie spadło do najniższego poziomu od początku reform, kurs złotego był najmocniejszy w historii, a premier ogłosił właśnie na Forum Ekonomicznym w Krynicy, że w 2011 r. będziemy gotowi do wprowadzenia euro.

Jeszcze wieczorem, w piątek 12 września, brytyjska filia banku Lehman Brothers, postępując zgodnie z wieloletnią rutyną, przelała całą posiadaną gotówkę na konto centrali w Nowym Jorku po to, by amerykańscy dilerzy zainwestowali ją przez weekend i zwrócili wraz z odsetkami w poniedziałek rano. Ale w poniedziałek rano Lehman Brothers nikomu już pieniędzy nie zwrócił, bo był bankrutem. A wraz z nim na krawędzi bankructwa stanął cały światowy system finansowy.

O rosnącym niezbilansowaniu światowej gospodarki, które musi doprowadzić do wielkich problemów, mówiono od lat. Mówiono o procesie wzrostu zadłużenia USA wobec reszty świata, a zwłaszcza wobec krajów Dalekiego Wschodu, który musi być zatrzymany i odwrócony. Błyskawiczny rozwój rynków finansowych, a zwłaszcza rynku instrumentów pochodnych obserwowano z podziwem, ale i rosnącym zaniepokojeniem. Rynek finansowy rozwijał się przez minione dwie dekady w tempie niemal czterokrotnie wyższym od realnej gospodarki, a ceny nieruchomości w USA rosły trzykrotnie szybciej od przeciętnej inflacji! Pojawiały się opinie o powstaniu wielkich baniek spekulacyjnych – na posiedzeniach rady amerykańskiego banku centralnego zaczęto zastanawiać się nad tym zjawiskiem w połowie lat 90., a znany inwestor Warren Buffett już kilka lat temu pisał, że instrumenty pochodne są finansową bronią masowego rażenia.

A dlaczego te dyskusje nie przebijały się do powszechnej świadomości? Chyba nikt nie był naprawdę zainteresowany ich wysłuchaniem. Bankierzy woleli inkasować gigantyczne premie i angażować się w coraz bardziej ryzykowne operacje, rządy wolały za wszelką cenę podtrzymywać koniunkturę gospodarczą. Wielcy i drobni inwestorzy, lokujący (także w Polsce) swoje oszczędności na giełdach i w funduszach inwestycyjnych, woleli wierzyć, że ich pieniądze będą się stale pomnażać w imponującym tempie. Zarabiający swoje prowizje sprzedawcy produktów finansowych i analitycy woleli prognozować to, co ludzie chcieli od nich usłyszeć. Świat finansów w coraz większym stopniu odrywał się od świata rzeczywistego, ale nikt nie chciał tego głośno powiedzieć.

Potop przyszedł więc niespodziewanie: nie znalazł się Noe, który zdołałby zbudować arkę. Dziś, kiedy patrzymy na to z dystansu, aż trudno zrozumieć, dlaczego świat został aż w takim stopniu zaskoczony finansowym załamaniem. A tymczasem odpowiedź jest prosta – został zaskoczony, bo nie był zainteresowany żadnymi ostrzeżeniami.

Wybuchały pierwsze objawy paniki związanej z upadkiem banków hipotecznych, ale póki chodziło o banki niewielkie, sytuację dawało się dość łatwo opanować. Rząd USA musiał przejąć zarządzanie nad dwiema gigantycznymi korporacjami specjalizującymi się w obsłudze rynku hipotecznego – ale tak czy owak chodziło o instytucje na poły państwowe, o których zawsze wiedziano, że są faktycznie objęte rządowym parasolem gwarancyjnym. Skutkiem pogarszających się nastrojów konsumenckich dynamika rozwoju gospodarczego w USA, Japonii i zachodniej Europie słabła. Nadal jednak sądzono, że spowolnienie będzie krótkotrwałe, a w 2009 r. główne kraje świata odnotują większy lub mniejszy wzrost PKB. Słowem, nawet jeśli były jakieś ostrzeżenia, świat pozostawał na nie głuchy.

15 września 2008 r. nagle, z dnia na dzień, wszyscy zrozumieli, że światowym finansom grozi załamanie. W ciągu kilku dni po upadku Lehman Brothers marża, którą płacą sobie amerykańskie banki pożyczając nawzajem ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Załączniki

  • Polacy i Chińczycy trzymają się mocno

    Polacy i Chińczycy trzymają się mocno - [rys.] JR

  • Rok po kataklizmie

    Rok po kataklizmie - [rys.] JR