POLITYKA

Wtorek, 28 marca 2017

Polityka - nr 42 (3081) z dnia 2016-10-12; s. 90-91

Kultura

Zdzisław Pietrasik

Pilch jako powieść

Powiedzieć, że Pilch to ostatni pisarz polski z biografią, to nic nie powiedzieć. Bo nie jest to zwyczajna biografia – to powieść, którą autor pisze od chwili debiutu.

Mamy tutaj przypadek, którego krytycy i badacze literatury jeszcze nie opisali, oto bowiem pisarz stał się swą powieścią. Choć, dodajmy sprawiedliwie, ma ona bardzo poważną konkurencję w postaci powieści, które napisał. Jak dotychczas konkurencja wypadała średnio na remis, mniej więcej w równym stopniu zajmowała nas twórczość Pilcha, co i sam Pilch. Ostatnio wahadło przechyliło się jednak w stronę Pilcha, przynajmniej od momentu, kiedy zaczął pisać dzienniki. A potem już poszło galopem: najpierw wywiad rzeka Eweliny Pietrowiak, teraz biografia zatytułowana „Pilch w sensie ścisłym” pióra Katarzyny Kubisiowskiej.

Nie będziemy rozstrzygać, do jakiego gatunku powieść tę należałoby przypisać. Najbardziej oczywisty wydaje się klasyczny Bildungsroman, tak to niestety brzmi po niemiecku, czyli powieść o formowaniu, kształtowaniu osobowości, ale dałoby się także udowodnić, iż blisko jesteśmy współczesnej powieści łotrzykowskiej, który to zresztą temat zajmował Pilcha w czasie krótko trwającej kariery naukowej. Wreszcie pominąć nie można jeszcze jednej refleksji badawczej, mianowicie rzucają się w oczy, zwłaszcza wrażliwym czytelniczkom, rozdziały nawiązujące wprost do poetyki romansu.

Ojciec młodszy i szybszy

Jako dziecko mieszka w centrum luterskiego świata. Następnie wyrusza w świat, najpierw do Krakowa, dokąd przeprowadzą się rodzice. O takich ludziach ludowa mądrość głosiła, że mieli do szkoły pod górkę, ale nie bierzmy tego dosłownie. Nasz bohater, dziecko z domu inteligenckiego, choć urodzony w terenie górzystym, do szkoły pod górkę nie miał. Wprawdzie Wisła to była kiedyś wieś, ale też elegancki ośrodek wczasowy, gdzie bywali wielcy Polacy, a w 1926 r. zjechał tu jeden z największych Polaków, a może słuszniej byłoby powiedzieć anty-Polaków (bardzo się tą Polską przejmujących), czyli Witold Gombrowicz. I kto mógł przewidzieć, że za kilkadziesiąt lat Jerzego Pilcha, najsławniejszego wiślanina do czasu objawienia się Adama Małysza, będą nazywać współczesnym Gombrowiczem. Z czym Pilch się zgodzi: „Jestem współczesnym Gombrowiczem. On był odmieńcem, homoseksualistą, krytykiem polskości – ja, jako ewangelik, jestem podobny. Wychodzę ze wszystkich stereotypów”.

Lekko tylko upraszczając, można powiedzieć, że Pilch całe życie wychodzi z tej swojej Wisły i ostatecznie wyjść nie może. Mieszkał w Krakowie, mieszka w Warszawie, ale jak życie mu za bardzo doskwiera, to wsiada w pociąg do Wisły, do domu. Chociaż ostatnio, po ukazaniu się wywiadu rzeki, podobno znowu jest dłuższa przerwa w podróżowaniu. Matce nie podobało się bowiem to, co powiedział o rodzinie.

Relacje z matką, starszą od pisarza zaledwie o lat 17, to jest rozdział ciągle otwarty, w następnym akapicie zapewne pojawi się scena pojednania, a Jerzy znowu skorzysta z gościny (a ma do dyspozycji w Wiśle cztery pokoje na parterze). Z ojcem zawsze było trudniej. Ojciec profesor AGH, który „był człowiekiem zapalczywym” i który czytał Manna w oryginale, miał nieco inny pomysł na syna. Chciał, aby został inżynierem lub lekarzem, żeby znał, tak jak on, języki obce, żeby był wytrawnym kierowcą i świetnym pływakiem. We wszystkich tych punktach syn mniej lub bardziej zawiódł. Nie zawsze też zachwycał się twórczością syna, na przykład o „Innych rozkoszach” nie miał dobrego zdania. Pilch w książce Kubisiowskiej podsumowuje: „Ojciec zawsze chciał być ode mnie młodszy i szybszy”.

Pisząc o ojcu, Pilch dotyka bardzo bolesnego tematu. W czasie wojny ojciec został wcielony do Wehrmachtu, służył w artylerii przeciwlotniczej, potem był w oddziale Luftwaffe, trafił na front wschodni, został wzięty do niewoli przez Rosjan. Polski pisarz, który miał ojca w Wehrmachcie, to już jest wątek bulwersujący, dość przypomnieć sprawę Tuskowego „dziadka z Wehrmachtu”, ale syn opowiada tę historię z namysłem i zrozumieniem – taka tragiczna była historia jego ziemi cieszyńskiej.

Synowi nie udało się przeprowadzić z ojcem istotnych rozmów, także o jego wojennej przeszłości. „Puściło coś, gdy umarł. Mogłem zacząć o nim pisać” – wyznaje Pilch.

„W Wiśle każde wydarzenie, a zwłaszcza wydarzenie tragiczne lub odbiegające od normy, było długo pielęgnowane w opowieści” – wspomina Pilch. Tu pojawia się postać babki Czyżowej, która była „opowiadaczką absolutną”. Ale jeżeli szukamy postaci, która odcisnęła piętno na wrażliwości pisarskiej Pilcha, to zatrzymać się trzeba przy osobie wielebnego księdza biskupa luterskiego Leona Wantuły. Jak przeczytamy w biografii, gdy Wantuła przyjeżdżał do dziadków Czyżów, Jurek zawsze słuchał go uważnie i z podziwem. Jak zauważa Kubisiowska, to dzięki luterskiemu biskupowi Pilch zrozumiał, „jaka moc płynie z dobrze opowiedzianej historii”.

To dlatego potem przeprowadzający wywiad z Pilchem dziennikarze ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]