POLITYKA

Niedziela, 24 września 2017

Polityka - nr 30 (2564) z dnia 2006-07-29; s. 100-105

Na własne oczy

Waldemar Kuligowski

Pióra orle i pawie

Siądźmy w kręgu i posłuchajmy opowieści o tym, dlaczego kochamy Indian. Słuchajmy uważnie, bo ten, który mówi, to polski indianista, uczestnik zlotów, na co dzień antropolog kultury.

Dlaczego kochamy Indian? A jest to uczucie nadzwyczaj żywotne. Już w 1864 r. wychodzący we Lwowie „Dziennik Literacki” wydrukował esej zatytułowany wymownie „Indianie i Polacy”. Podpisany pod nim Ludwik Powidaj dowodził, że istnieje bardzo realne podobieństwo między Indianami a Polakami czasów zaborów. Analogie między tragicznym położeniem „szczepów dzikich” a sytuacją „szczepu polskiego” były dlań oczywiste. „Jakim zaś sposobem odbywało się wynarodowienie plemion słabych przez silne, mamy przykład na Indianach – pisał. – Wprawdzie my nie jesteśmy dzikimi jak tamci, ale cała różnica w skutkach może być ta, iż proces wynarodowienia naszego dłużej trwać będzie”.

Z perspektywy lat wiemy, że ani Indianie nie stali się ginącą rasą (w statystykach za lata ostatnie jest ich więcej i więcej), ani Polacy nie zniknęli z mapy ludnościowej Europy. Ważny jest fakt, że od prawie dwu stuleci wielu naszych rodaków odczuwa jakiś rodzaj duchowej i historycznej solidarności z długowłosymi jeźdźcami z północnoamerykańskich równin. Literackie opowieści o Chingachckooku, Winnetou, Tecumsehu i ich pobratymcach sprzedawały się na pniu od zawsze. Na „Ostatnią walkę Apacza”, „Złamaną Strzałę” i „Jesień Cheyennów” do kin waliły tłumy. Nie powinno przeto dziwić, że kiedy w końcu lat 60. w telewizyjnym „Ekranie z bratkiem” i „Teleranku” pojawił się Sat-Okh, od razu zyskał status idola, osoby prawdziwie kultowej dla tysięcy młodych ludzi.

Stan wojenny na poboczu

W Chodzieży powstał Klub Dakotów, licealistki z Pucka założyły Szczep Meskalerek, a przyszli leśnicy w Rzepinie grupę Catawba. W Sztumie działał Leszek Michalik, w Warszawie zaś indiańska babcia, Stefania Antoniewicz. Lokalne, często nie wiedzące wcale o swoim istnieniu, grupy musiały w końcu spotkać się w jednym miejscu. Termin pierwszego, historycznego zlotu polskich indianistów wyznaczono znamiennie. Dzień 25 czerwca 1976 r. był setną rocznicą osławionej bitwy Oglalów, Czejenów i Arapahów z kawalerią pułkownika Custera nad Little Big Horn. Triumfujący wtedy duch Siedzącego Byka i Szalonego Konia, sto lat później miał patronować spotkaniu w podchodzieskich lasach.

Niestety, w ostatnim momencie władze cofnęły pozwolenie. Nie wszystkich jednak udało się uprzedzić. Pod 300-letnią sosną zebrała się grupka. W annałach ruchu mówi się dziś o zlocie zerowym. (W stanie wojennym takie zgromadzenia również były nielegalne. Ale odbywały się, po cichu. Jeden z takich nielegalnych zlotowiczów został zatrzymany przez patrol drogówki. Gdy milicjanci otworzyli bagażnik auta, zamarli. Wyłożona na pobocze drogi jego zawartość – flaga USA, tomahawki, noże, model winchestera, łuki – wywołała na twarzach funkcjonariuszy bladość).

Co się odwlecze, to nie uciecze. Okazja do zbiorowego Witaj Bracie i Witaj Siostro nadarzyła się rok później. Na łące za Jeziorem Strzeleckim pod Chodzieżą narodziła się tradycja ogólnopolskich zlotów miłośników Indian w Polsce. Choć w 1977 r. wyglądała ona nader skromnie. Kilkadziesiąt osób, tropiki namiotów z Polsportu, na środku wielkie ognisko. Bez zaplecza, bez zainteresowania mediów. Zwyczajem było działanie wspólne: gotowanie, nocne rozmowy o wszystkim, co indiańskie, śpiewy, tańce. Cisza nocna zostawała w klatkach wielkich bloków. Ci, co rzucali lassem, strzelali z łuku i dzielili się tak samo chętnie wiedzą, jak i kromką chleba, w naturalny sposób odczuwali moc wspólnoty: archaicznej, plemiennej, jak z marzeń o Indianach. Do dziś zlotowi pionierzy pamiętają ekscytację na widok pierwszego, i jedynego, tipi. Stożkowy, rozbity na planie koła, namiot Indian z wielkich równin był czymś na kształt totemu.

Prawie trzy dekady później te same zloty wyglądają już zgoła inaczej. Zwykłe turystyczne namioty rozstawia się na uboczu – złośliwcy mówią o slamsach – a centralny plac, manhattan, zajmuje nawet 50 tipi, pysznie prężących się w wielkim kręgu. Prawie nikt, jak było przed laty, nie biega z notatnikiem pod pachą, by odrysować wzór naszyjnika, czy przepisać nuty pieśni, za to wielu zlotowiczów przechadza się w strojach, które wzorowano na tych noszonych przez samych Indian. Są husky, konie i kanu. Jest parking i rząd plastikowych toalet. Dla pół tysiąca uczestników stawia się faktorię, bar podający ciepłe posiłki i zimne napoje. Każdy winien się zarejestrować i uiścić opłatę zlotową. Dziennikarze dopraszają się o pozwolenie na wstęp do obozu, a relacje z kolejnych zlotów pojawiają się w ogólnopolskiej prasie i telewizji. Coraz częściej gośćmi spotkań są Indianie z obu Ameryk. Jeden z nich orzekł, że Polska to dobry indiański kraj – ma wszystko: bizony (czyli żubry), orły i słodką trawę.

„Popularne”: zemsta Indian

Polski Ruch Przyjaciół Indian nie jest dziś grupką nastoletnich zapaleńców. Cyprian z Moniek, zajmujący się indiańskim rękodziełem, sprzedaje je głównie zachodnim kolekcjonerom, a nawet samym Indianom. Terminowanie u twórców w amerykańskich rezerwatach sprawiło, że uczeń ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]