POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 15 (3106) z dnia 2017-04-12; s. 9

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Ludwik Dorn

Ludwik Dorn

Pisowskie religianctwo

Już niedługo Święta Wielkiej Nocy, naturalną więc rzeczy koleją myśli kierują się ku sprawom nadprzyrodzonym, które niekiedy albo mieszają się ze sprawami doczesnymi, albo też zdarza się, że bywają z nimi zmieszane (co nie jest tym samym). Korzystając z posiadania w Sejmie większości, PiS przegłosował uchwałę w setną rocznicę objawień fatimskich.

Forsując tę uchwałę, PiS otworzył sobie nowy front, wszedł w cichy, ale długotrwały i tlący się konflikt z większością polskich katolików. Jest to konflikt, którego istota umyka komentatorom ze środowisk tradycyjnie antyklerykalnych. Opisując krytycznie polską rzeczywistość, przedstawiciele tego nurtu opinii publicznej uznają za jedynie właściwy i normatywnie czysty rozdział Kościoła od państwa wedle modelu, nazwijmy to, francuskiego, w którym państwo jest nie tyle neutralne światopoglądowo, ile laickie, przy czym laickość ta nie jest jakąś tam sobie neutralną bezświatopoglądową świeckością, ale sama jest światopoglądem na sprawy publiczne. Rzecz w tym, że we Francji takie ukształtowanie się laickości i formy rozdziału Kościoła od państwa było długim, burzliwym, a niekiedy krwawym procesem, który trwał ponad 150 lat, a zakończył się, kiedy Charles de Gaulle, bardzo tradycjonalny katolik wychowany w duchu monarchizmu, uznał w 1957 r., że „Francja jest chrześcijańska, ale Republika laicka”.

Utrwalone i żywe formy współżycia ze sobą ludzi, grup społecznych i instytucji biorą się z ciągłości praktyk takiego współżycia i tego, że – z grubsza rzecz biorąc – większości zainteresowanych te praktyki odpowiadają. Wbrew twierdzeniom wyznawców sielankowej wizji historii głoszących, że w Polsce Kościół zawsze był z Narodem, a Naród z Kościołem i jedno za drugim stało murem, historia relacji dążeń narodowych i niepodległościowych z katolicyzmem wcale łatwa i nieskomplikowana nie była. Niemniej poprzez różne konflikty i zawirowania wszystko się po 1989 r. utrzęsło i wymodziło, Kościół jest od państwa „przyjaźnie” rozdzielony, a w efekcie istnieje sfera „rzeczy mieszanych”, gdzie w sposób powszechnie akceptowany pojawiają się symbole religijne (np. krzyż w sali sejmowej).

Trudno także orzekać o klerykalizmie w sytuacji, kiedy sam Kościół katolicki albo w ogóle nie jest klerykalny, albo jest klerykalny, ale w stopniu i natężeniu o wiele słabszym niż niektóre zorganizowane środowiska wiernych zaangażowanych w politykę.

Wszystko to niesłychanie drażni ideowych antyklerykałów, którzy specyficzne polskie doświadczenie świeckości państwa odnoszą do modelu francuskiej co do genezy Republiki laickiej i ogłaszają albo „dyktaturę kleru”, albo też – w wersji łagodniejszej – liczne klerykalne „skuchy”. No i dobrze, no i na zdrowie, od tego są antyklerykałowie, którzy – by do partyjnej polityki wrócić – nie widzą specjalnej różnicy między PiS a PO. Jak to dobitnie określiła bardzo lewicowa Barbara Nowacka – wszystko to „jedno bagno i konserwatywna ściema”.

Wcale nieprawda. Istnieje dość istotna różnica między uchwałą „fatimską” a np. uchwałą z okazji otwarcia świątyni Opatrzności Bożej, która została podjęta przez aklamację. Budowę tej świątyni zadeklarował w maju 1791 r., tuż po uchwaleniu konstytucji, Sejm Wielki jako wotum narodu za „chwilę pomyślną wydobycia Polski spod przemocy obcej i nieładu domowego”. No i przyszły rozbiory, utrata niepodległości i świątyni nie wzniesiono. Po odzyskaniu niepodległości Sejm Ustawodawczy w dniu uchwalenia Konstytucji marcowej przyjął ustawę o wykonaniu ślubu Sejmu Czteroletniego. Do budowy przystąpiono późno, bo w 1939 r., no i przyszła wojna, okupacja, komunizm i świątyni znowu nie było. Nie wydaje się zatem niczym i nikomu poza twardymi antyklerykałami zdrożnym, że kiedy wreszcie świątynię Opatrzności Bożej otwarto, Sejm podjął okolicznościową uchwałę, bo jest to uchwała podkreślająca w dziedzinie budownictwa sakralnego ciągłość wysiłków niepodległościowych i państwowych. Taka polska, historycznie uwarunkowana, specyfika.

Zuchwałą fatimską jest inaczej. Naczelny organ Rzeczpospolitej wyróżnia uznane przez Kościół za autentyczne objawienie prywatne, które jednakże w żaden sposób katolików nie zobowiązuje w wierze (mogą sobie w nie wierzyć lub nie) i które – co najistotniejsze – w rzeczywistości doczesnej w żaden sposób nie wiąże się z narodem i państwem polskim. Może mieć taki związek w wymiarze nadprzyrodzonym, ale władze państwowe nie są od zajmowania się nim. To jest istotna polityczna innowacja.

Wbrew pozorom podjęta uchwała nie jest przejawem klerykalizmu. Jest czymś dużo gorszym. To brutalny, przepełniony całkowicie niechrześcijańską arogancją akt partyjno-grupowego religianctwa i politycznego zelotyzmu wymierzony w niepozbawiony napięć, ale generalnie spokojny sposób współistnienia ze sobą Polaków: katolików-tradycjonalistów, konserwatystów, liberałów, otwartych, zamkniętych, protestantów, żydów, prawosławnych, agnostyków, nawet ateistów. To, co przez lata układało się i utrwalało, jest tego rodzaju agresywnym aktem wzruszane i niczego dobrego z tego nie będzie. Oczywiście z racji uchwały ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]