POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 19 (2400) z dnia 2003-05-10; s. 100-105

Na własne oczy

Witold Pawłowski

Po Bali

Na deptaku w Kucie, głównym kurorcie Bali, spacerują Singapurczycy w białych maskach na ustach. Dopiero co przylecieli od siebie – a tam teraz wszędzie chodzi się w maskach, bo SARS – i jeszcze nie mają odwagi zaczerpnąć powietrza. Inni, z Australii i Europy, nawet nie mają odwagi przylecieć. Zapowiada się najgorszy sezon od lat.

Największe dziś marzenie na rajskim Bali? Wyprosić jakoś u swoich bogów, aby tamte bomby to był tylko zły sen. I żeby wreszcie się z niego obudzić. Najmodniejsze hasło na koszulkach: „Osama doesn’t surf”, Osama nie jest serferem. Jest facetem z zewnątrz, z innego świata, który posłał brodatych pomocników, aby zniszczyli Bali, popsuł serferom święto. To serferzy z Australii na początku lat 60. odkryli to miejsce, gdzie fala jest przez cały rok – od trzech do pięciu gwiazdek w rankingu Surf Guide, bo jeszcze ciepło i tanio oraz życzliwi tubylcy. To może było najważniejsze. Balijczycy przypominają naszych górali: lubią z ceprami pogadać, lubią ich też oskubać; otwarci i tolerancyjni, uśmiechnięci, urodzeni muzycy i rzemieślnicy (tyle że nie piją).

Wydaje się, że serfowanie to w sumie coś więcej niż męskie zajęcie na czas dorastania, zanim zacznie się wyścig szczurów. To także styl bycia, rodzaj arogancji i wiary, że wszystko w życiu jest jeszcze możliwe. I też wszystko się od życia należy. Najbardziej wzięty na wyspie sklep z ciuchami nazywa się Dziewczyna Serfera. Musi się stroić, bo dla nie byle kogo. Tym się Kuta różniła od innych kurortów na innych równikowych wyspach – zanim się ostatecznie skomercjalizowała i trafiła do katalogów wielkich biur podróży – że miała swój leniwy klimat młodych opalonych mężczyzn wkraczających w życie.

– Jacy oni byli piękni – mówił Hetty Verolme, Australijka, właścicielka hotelu Princess, o tych, którzy 12 października zginęli od bomb. Widziała zdjęcia w „Bali Post”. Dwóch nie wróciło do jej hotelu. Każdy ma podobną opowieść o tych, których rzeczy zostały w pokojach, póki nie zgłosiła się po nie policja: Bali Dynasty, Garden Hotel, Kuta Puri, Naga Sari, Poppies i przede wszystkim Hard Rock Cafe, przystań serferów i najsłynniejsza szkoła serfowania.

Nicole McLean z Melbourne wróciła pod koniec marca w ramach terapii. Psycholog od traum spodziewał się, że ta wizyta może jej pomóc zamknąć koło. Z protezą prawej ręki, urwanej w wybuchu, już sobie całkiem dawała radę i w ogóle nieźle się trzymała odwiedzając znajome kąty. Dopóki z 11 innymi Australijczykami, ofiarami zamachu, nie pojechali podziękować do szpitala Sanglah, dokąd trafili w tamtą noc. Tam przyszło załamanie i wybuch łez. I przez te łzy, jak w półśnie, pamięta następny etap programu: ogrodzenie z niebieskiej blachy zasłaniające ground zero, uprzątnięty z gruzów pusty kwartał, gdzie do 12 października stał Sari Club, jeden z najpopularniejszych nocnych klubów w samym centrum Kuty, a obok irlandzki pub Paddy’s, niezobowiązujące miejsce dla serferów.

Princess była zwykle obłożona w 90 proc., tu sezon trwa prawie cały rok. Teraz na 50 pokoi ma trzy zajęte i garść nowych rezygnacji z rezerwacji. Hetty Verolme miała nadzieję, że odmianę przywiezie konferencja PATA, potężnej regionalnej organizacji turystycznej. Jeśli oni zdecydowali się obradować na Bali, to muszą przecież tu przysłać swoich klientów. I akurat ci, którzy nie odwołali przyjazdu, zostali przyjęci po królewsku. Najmłodszy brat pani prezydent Megawati urządził taneczny show w amerykańskim stylu, a na koniec były sztuczne ognie, pierwsze ognie od 12 października. Amerykańskim zwyczajem tamten dzień określa się lakonicznym skrótem daty. Nowy Jork miał swój 9/11, Bali miało 10/12.

Ale delegaci – pomijając, że przyjechali w maskach – nie przywieźli dobrych wiadomości: linie lotnicze na krawędzi bankructwa, w biurach podróży więcej odwołań niż rezerwacji, zapowiada się najgorszy sezon od lat, a Bali, wbrew nadziejom, nie zostało usunięte z czarnej listy „nierekomendowanych kierunków podróży” – ani w Australii, ani w Ameryce, ani w Niemczech i Francji. – Czy po 9/11 biura odradzały ludziom wyjazdy do Nowego Jorku? – pyta z sarkazmem I Gde Pitana, szef państwowej organizacji turystycznej. – To dlaczego nie przysyłają turystów na Bali? Dlaczego zamiast współczucia i pomocy spotyka nas nowa kara? Dlaczego nie przyjeżdżacie?

80 proc. gospodarki pięciomilionowego Bali napędzane jest przez turystów i większość stałego zatrudnienia związana jest z turystyką. W dobrych czasach lądowało tu 5,5 tys. gości dziennie – Jumbo Jety z Dżakarty, Singapuru i Sydney prawie co godzina. To że listopad i grudzień, czyli Boże Narodzenie, będą stracone, było z góry wiadomo. Jak lądowało 700 osób, to był sukces. I ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Tagi

BaliIndonezja