POLITYKA

Niedziela, 20 sierpnia 2017

Polityka - nr 14 (3053) z dnia 2016-03-30; s. 22-24

Polityka

Janina Paradowska

Podczas wojny buduje się słabo

Bartłomiej Sienkiewicz, szef MSW w rządzie Ewy Kopacz, o skutkach rządów PiS, bezpieczeństwie Polski i o tym, co może zrobić opozycja

Janina Paradowska: – Należał pan do sztabu strategicznego premiera Donalda Tuska i przy całej sprawności w zdobywaniu zaufania opinii publicznej coś ważnego jednak przegapiliście. Czy dziś, patrząc z perspektywy, może pan powiedzieć, co się stało?
Bartłomiej Sienkiewicz: – Jest oczywiste, że ślepnie się przy tak długim sprawowaniu władzy. Opozycja jest od tego, aby otwierać oczy. Ale w Polsce tak to nie działa. Nie było przecież lewicy. SLD jest farbowanym tworem, z lewicowością nie ma wiele wspólnego i nie był zdolny do dialogu w kluczowych sprawach, które wymagały korekty. PiS z kolei unieważniało się jako partner niekończącym się sporem o Smoleńsk.

Ludwik Dorn przed laty sformułował diagnozę, że mamy w Polsce problem dystrybucji pieniędzy i prestiżu. Nie jednego albo drugiego, ale obu razem. Jeśli przeoczy się ten moment, że nie chodzi wyłącznie o podwyżki, ale także o zaspokojenie aspiracji, to wówczas zaczyna się poważny problem społeczny.

Przeoczyliście?
To jest moment trudny do uchwycenia, ale pewnie tak. Rząd Platformy Obywatelskiej rozbudził aspiracje społeczne na skalę, która być może jest niezaspokajalna. W kraju o takim stopniu zacofania i realnej biedy nie wszyscy znajdą się w klasie średniej. To jest po prostu niemożliwe. Z tymi aspiracjami będzie się teraz borykało PiS, pompując ten balon jeszcze bardziej. To moim zdaniem doprowadzi do głębokiego rozczarowania.

Jest jednak także czynnik zewnętrzny. Racją istnienia PO i jej rządu było osadzenie Polski w rodzinie krajów liberalnej demokracji. Nie tylko dlatego, że ten model, ten sposób refleksji o społeczeństwie się sprawdził, także dlatego, że to oznacza realne bezpieczeństwo dla Polski zakorzenionej silnie w Zachodzie.

To zresztą była motywacja wszystkich modernizatorów w Polsce po 1989 r. Jednak wiele się w tym czasie zmieniło. Europa Zachodnia przechodzi jeden z największych kryzysów w swej historii i tym samym liberalna demokracja straciła atrakcyjność. Mit Zachodu jako oazy dobrobytu, stabilności skończył się. W tym momencie zaczęło się poszukiwanie alternatywy, a w Polsce, wobec kompletnego zaniku socjaldemokracji czy lewicy, alternatywa oznacza tylko jedno: powrót do znanej melodii narodowej. Tu się niczym nie różnimy od Słowaków, Węgrów, od części sceny politycznej w Czechach.

To cecha regionu: jeśli pojawia się niepewność, wciągamy swoje narodowe flagi na maszt, machamy nimi i uważamy, że są odpowiedzią. Ale nie są. Mówiąc jednak o tym, co „przegapiliśmy”, na co realnie nie mieliśmy wpływu, trzeba dodać i nasz wewnętrzny kłopot: Platforma bez Donalda Tuska jest zupełnie inną partią. Uważam, że PiS nie zdobyłoby samodzielnej większości, gdyby na czele PO stał nadal Tusk. Mimo całego znużenia czy niechęci stopień zaufania do niego, naturalna zdolność rozmowy z ludźmi, którą pokazywał przez siedem lat, były olbrzymią siłą PO jako całości. Tej siły ostatnio zabrakło.

Od czasu sławetnych nagrań w propagandowym uproszczeniu przypisywano panu stwierdzenie, że państwo nie działa. Dziś jak by je pan opisał?
Teraz jest tak, jakby ktoś zdobył kraj i jego instytucje, chcąc na podbitym terenie wprowadzić własne porządki. Tym, co uważam za największy problem rządów PiS, nie są pomysły gospodarcze, ryzyko makroekonomiczne ani nawet spory prawne. To jest pewna mentalność, która każe traktować ćwierćwiecze niepodległej Polski jako okres de facto niewoli. To właśnie wmawiano przez lata zwolennikom PiS, to jest zauważalne w każdym praktycznie wystąpieniu Jarosława Kaczyńskiego. On nie przyjmuje do wiadomości istnienia 25 lat wolnej Polski, ponieważ nie on w niej rządził. Jest w stanie zaakceptować tylko taką sytuację, w której sam ma pełnię władzy. Jeśli jej nie ma, jest gotowy dokonać pełnego unieważnienia tego, co było wcześniej. Oznacza to ruinę instytucji państwowych, zerwanie ciągłości na wielu obszarach.

Przyglądam się temu w dziedzinach, którymi się bezpośrednio zajmowałem: służb mundurowych, bezpieczeństwa, częściowo wojska. Tu akurat ten mechanizm widać jak w soczewce. Jeśli świeżo mianowany ze stopnia kapitana major zostaje szefem Straży Granicznej, wielotysięcznej formacji, która jest jedną z najnowocześniejszych w Europie (ostatnio zainwestowano w nią 50 mln euro, aby stworzyć jedną z najbezpieczniejszych zewnętrznych granic UE), to nawet jeśli będzie bardzo dobrym i kompetentnym funkcjonariuszem, nie uniesie tego zadania. Jest pewna norma w krajach, które nie są nękane zamachami stanu jak w Afryce: generałem dywizji nie zostaje dowódca kompanii, a pewnych umiejętności, w tym zdolności radzenia sobie z problemami, nabywa się stopniowo. Na tym opiera się logika ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]