POLITYKA

Piątek, 31 marca 2017

Polityka - nr 46 (3085) z dnia 2016-11-08; s. 44-47

Świat

Marek Ostrowski

Pogromca emocji

To zadziwiające, że w dzisiejszej, eksplodującej polityce jedyną osobą, która może pokonać Marine Le Pen we francuskich wyborach prezydenckich, jest Alain Juppé – umiarkowany i chłodny technokrata.

Nowością we Francji przed wyborami prezydenckimi, które będą wiosną, są prawybory trochę w stylu amerykańskim. Dwaj główni rywale z prawicowej partii Republikanie – Alain Juppé i Nicolas Sarkozy – staną do nich już 20 listopada. Aż 57 proc. wyborców lewicowych uważa, że głosowanie nie jest zarezerwowane dla zwolenników prawicy i całkiem w porządku będzie wziąć udział w tych wyborach. Trzeba tylko wpłacić 20 euro i zaręczyć honorem, że się podziela wartości prawicy i centrum.

Nie widzę problemu – pisze głośny lewicowy ekonomista Thomas Piketty. Przecież chodzi o „wolność, równość i braterstwo”? Czy należy ratować szeregowego Juppé? – tytułuje lewicowy tygodnik „Le Nouvel Observateur”, nawiązując do filmu o szeregowym Ryanie. Tygodnik chwali naszego bohatera, pisze, że Juppé prowadzi kampanię człowieka uczciwego w bagnie, gdzie inne krokodyle nie przejmują się detalami. Niezwykła to pochwała po stronie lewicy. W istocie socjalistom, którzy skreślili już prezydenta François Hollande’a, chodzi jednak o to, by utrącić Sarkozy’ego i nie dopuścić, aby druga tura prawdziwych wyborów była starciem prawicy i skrajnej prawicy, to jest Sarkozy’ego z Marine Le Pen.

Ale w samych prawyborach tkwi sprzeczność. Sarkozy prezentuje się przede wszystkim swym zachwyconym zwolennikom: zdecydowany, wojowniczy, agresywny – chce wygrać wybory prawicowe. Juppé ma taktykę inną: prowadzi kampanię, jakby był już w drugiej turze wyborów ogólnonarodowych, chce zbierać i na prawicy, i w centrum, a nawet i na lewicy, skoro tak dobrze pisze o nim „Le Nouvel Observateur”, a poparł go nawet bohater Maja 1968 r. Daniel Cohn-Bendit, mówiąc, że Juppé uspokoi emocje w kraju.

Superzdolny

Chwyta szybciej niż inni i kiedy rozmówcom trzeba więcej czasu – szybko się irytuje. Niecierpliwy, autorytarny, chłodny – to często spotykane opinie o Alainie Juppé. Jak zebranie się kończy, to do widzenia. Nigdy go nie widziałem, by zatrzymywał się dla samej przyjemności rozmowy – mówił znany działacz Republikanów, którym swoją drogą przewodzi Sarkozy. To w polityce wielka wada.

Jednak Juppé był taki od dziecka. Superzdolny, zamknięty w swoim pokoju z książkami. Na głuchej francuskiej prowincji, bo przyszedł na świat w domu skromnego rolnika w Mont-de-Marsan, w departamencie Landów, części historycznej Gaskonii, znanej dawniej z hodowli owiec, dziś z lasów sosnowych. W domu wisiała gdzieś dyscyplina i – po latach, kiedy we Francji wybuchła kolejna dyskusja na temat karania dzieci – Juppé publicznie zbagatelizował bicie, wskazując, że czasem dostawał dyscypliną, ale nie przeżywał z tego powodu żadnej traumy.

Zresztą dyscyplina widocznie nieczęsto była w użyciu. Matka, praktykująca katoliczka, posłała syna do szkoły katolickiej, gdzie spokojny i dojrzały Alain był ulubieńcem nauczycieli, we wszystkim był pierwszy. W liceum wygrał konkurs ogólnokrajowy z greki i łaciny. Matka, przezywana w sąsiedztwie Katarzyną Wielką, była nadopiekuńcza, ale i przekonana – jak się dziś okazuje słusznie – że syn daleko zajdzie. W liceum Alain pojechał na szkolną wycieczkę do Hiszpanii, pierwszy raz tak daleko bez rodziców. Okazało się później, że rodzice jechali za autokarem, żeby dyskretnie mieć syna na oku. Niczego mu – na miarę finansów ojca – nie szczędzono. „Byłem królem w rodzinie, nie wychodzi się z takiego dzieciństwa bez strat” – przyznał polityk po latach.

– To kariera dowodząca wartości szkoły republikańskiej, zdolne dziecko z małego miasteczka, bez stosunków, wchodzi na szczyty w Paryżu – mówi Jean-Pierre Dossier, nauczyciel z Normandii, stale podkreślający wartości francuskiego systemu edukacji.

Amstrad

Rzeczywiście, młody Juppé szybko przeszedł drogę najlepszych i bardzo wymagających szkół kraju. Po maturze matka puściła go do Paryża na kurs przygotowawczy w modnym liceum Ludwika Wielkiego, po czym nasz bohater zdobywał kolejno i bez żadnych przygód dyplomy École Normale Supérieure (filologia klasyczna), Instytutu Nauk Politycznych i wreszcie elitarnej ENA, École Nationale d’Administration, kuźni kadr rządzących Francją. Tam – na pół z podziwem, na pół z ironią – przezywano go Amstradem, od nazwy pierwszego we Francji peceta.

Pecet Amstrad nie pasował do studenckiego ruchu, słynnego paryskiego maja 1968 r., mimo że to była rewolta jego właśnie pokolenia. 22-letni wówczas Juppé z żoną i rocznym niemowlęciem wyjechał pośpiesznie do matczynego domu. Minął się z powiewem historii? Podobno uległ naleganiom matki. Nie przekonywały mnie tezy 1968 r., nie czułem tej ołowianej czapy gaullizmu, sam byłem gaullistą – objaśniał Juppé po latach.

Szybko uzyskał status inspektora finansów, elitarnego korpusu wyższych urzędników państwowych, prowadzących sprawy w najważniejszych resortach. Tam „enarka (absolwenta ENA) umiejącego pisać” wypatrzył dyrektor gabinetu ówczesnego premiera Jacques’a Chiraca. To rok 1976, Chirac chce prezydentury, dla odróżnienia się ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]