POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 4 (2689) z dnia 2009-01-24; s. 97

Stomma

Ludwik Stomma

Pokłosie stulecia

Unikam na ogół starannie mieszania felietonistyki z zajęciami profesjonalnymi. Bóg mi świadkiem, że starałem się nie zanudzać czytelników „Polityki” problemami antropologii kultury, jej przeobrażeniami i dyskusjami jej adeptów. Ile jednak można zdzierżyć. Setna rocznica narodzin Claude’a Lévi-Straussa spowodowała, również w Rzeczpospolitej, nawał publikacji o mistrzu i jego strukturalizmie. Starałem się je śledzić w miarę możliwości. I ogarnęło mnie przerażenie. W latach sześćdziesiątych uznawano strukturalizm za „nowinkarstwo”, później za modę, teraz pisze się, iż „gwiazda Lévi-Straussa mocno dziś wyblakła”. Wszystkie te fazy łączy jedno: totalna ignorancja. Dowodem rocznicowe publikacje. Jedna z najbardziej bałamutnych pośród nich to artykuł Juliana Kutyły „Poszukiwacz zaginionej Arki”, pomieszczony w „Gazecie Wyborczej” z 29–30.11.2008. Zajmę się nim jako przykładem klinicznym, który zresztą nie tylko antropologii dotyczy.

Najpierw Kutyła ustawia sobie chłopca do bicia. Podług niego: „Opublikowany w 1954 »Smutek tropików« (...) zapewnił Lévi-Straussowi we Francji status megagwiazdy”. Otóż, pomijając, iż „Smutek tropików” ukazał się w roku 1955, a nie 1954, jest to nieprawda. Honory i miejsce w College de France dała mu dopiero „Antropologia strukturalna” w 1958 r. Był to wszakże awans stricte naukowy. Pisze Kutyła: „Spór między Sartre’em a Lévi-Straussem o rząd dusz będzie potem przez całe lata 60. dzielił francuską inteligencję”. Tak tworzy się mity. Rzeczywiście, Sartre parokrotnie zaczepił Lévi-Straussa, a ten nie pozostał mu dłużny. Wyciąganie z tego wniosku o walce o rząd dusz, świadczy o całkowitym niezrozumieniu intelektualno-społecznej sytuacji we Francji tamtych lat. Sartre zasiadał w kawiarni des Deux-Magots na bulwarze Saint-Germain otoczony wianuszkiem panienek w czarnych golfach z papierosami zatkniętymi w długie fifki i obowiązkowo niemytymi, tłustymi włosami. Był magiem, czarnoksiężnikiem hipnotyzującym tłumy, którego emanacja Simone de Beauvoir epatowała w międzyczasie burżujów skandalami feministyczno-seksualnymi. Nieustający intelektualno-obyczajowo-rewolucyjny happening, który zbliży się w majowe dni 1968 r. do rzeczywistości.

W tym czasie totalnie apolityczny introwertyk Lévi-Strauss prowadzi swoje wykłady i odmawia jakichkolwiek wypowiedzi o toczących się wypadkach. Nie ma tu żadnej opozycji z Sartre’em, bo nie ma płaszczyzny do starcia. Są to dwa światy odległe o lata świetlne. Cóż, kiedy Kutyle spodobała się jego domniemana opozycja Lévi-Strauss – Sartre. Pisze więc, by nadać jej realność: „W opublikowanej w 1962 r. »Myśli nieoswojonej« cały rozdział poświęcił temu, by udowodnić, że jest od Sartre’a dużo lepszym... marksistą. W owym czasie trudno było o bardziej dotkliwy policzek”. Tutaj wkraczamy już w domenę albo kłamstwa, albo poplątania z pomieszaniem. Sartre, chociaż głupawo wychwalał ZSRR, był egzystencjalistą, w żadnym więc przypadku nie startował w wyścigu o laur ortodoksji marksistowskiej. Cała doktryna Lévi-Straussa jest natomiast z gruntu antymarksistowska. We wzmiankowanym rozdziale „Myśli nieoswojonej” nazwisko Marksa pada raz i to w krytycznym kontekście. Jedynym filozofem, do którego czasami odwołuje się Claude Lévi-Strauss jako do „swojego” (w tym rozdziale również), jest Jacques Rousseau. Ale przede wszystkim jest tam mowa o zupełnie czym innym.

Teraz uwagi biograficzne Kutyły: „Wyprawa do Săo Paulo musiała Lévi-Straussowi jawić się jako zesłanie. W autobiograficznym »Smutku tropików« wyznaje: »Nienawidzę egzotyki i podróżników«”. Wynikałoby z tego, że Lévi-Strauss nie chciał jechać do Brazylii, a inność kultury go przerażała. Otóż po pierwsze on sam złożył swoją kandydaturę na profesora w Săo Paulo, co dla niedorobionego habilitanta było awansem i wyróżnieniem. Po drugie prawidłowy cytat brzmi: „Nienawidzę podróży i podróżników”, a jego sens jest taki, że nie znosi turystów przebiegających między tubylcami, fotografujących ich jako zabawnych dzikusów i nie pogłębiających swojej percepcji. Powtarza to tyle razy, że mógłby nawet Kutyła zrozumieć.

Uwaga metodologiczna Kutyły: „Socjologowie wykazali, że społeczeństwa współczesne są jednak zbyt skomplikowane, by badać je za pomocą narzędzi proponowanych przez Lévi-Straussa do analizy społeczeństw pierwotnych”. Socjologowie niczego nie musieli wykazywać, gdyż tezę tę postawił sam Lévi-Strauss i zawsze konsekwentnie sprzeciwiał się stosowaniu swojej metody do badań nad współczesnymi, zindustrializowanymi społeczeństwami.

Uwaga towarzyska Kutyły dotyczy polemiki z Lévi-Straussem Edmunda Leacha. Zapomniał jednak dodać, że wkrótce Leach wszystko odszczekał i stał się z neoficką gorliwością propagatorem myśli strukturalistycznej w krajach anglosaskich.

Łaskawa synteza Kutyły na temat Lévi-Straussa: „Jest to myśliciel, który ciągle wierzy w uniwersalizm”. Znowu kulą w płot. Jeśli uniwersalizmem jest fakt, że wszystkie języki oparte są na relacji opozycji oraz że wszyscy zdeterminowani jesteśmy w&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]