POLITYKA

Wtorek, 17 października 2017

Polityka - nr 38 (3128) z dnia 2017-09-20; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Polacy na Madagaskar

W TOK FM, omawiając doroczne orędzie szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera „O stanie Unii”, prowadzący audycję (nazwisko znane redakcji), ku uciesze słuchaczy, przejęzyczył się, nazywając przewodniczącego „Junckersem”. Junkers, jak wiadomo, to bombowiec z czasów drugiej wojny światowej, zwany też „sztukasem”, groźna i hałaśliwa niemiecka broń. Można sobie bez trudu wyobrazić, jak ten przypadkowy greps mógłby znakomicie wykorzystać Jan Pietrzak podczas występu na Festiwalu w Opolu, wplatając subtelnie Juncker(s)a w temat niemieckich reparacji wojennych albo w unijne naloty na Polskę. Tym razem jednak oficjalna propaganda jakby się zakrztusiła, bo przewodniczący Komisji nie zagrał przypisanej mu roli „polakożercy”. Poza paroma aluzjami, nie wymienił negatywnie rządu PiS, dość zdecydowanie odrzucił plan Macrona, czyli budowy nowej Unii wokół strefy euro, ba, zasugerował, chyba szczególnie miłą prezesowi, możliwość likwidacji urzędu pełnionego dziś przez Donalda Tuska. Zapewne ostatni raz przed wdrożeniem wobec polskiego rządu sankcyjnego art. 7 za łamanie praworządności PiS otrzymał szansę, aby wyjść z twarzą z absurdalnego konfliktu z Komisją. Juncker dał sygnał, że Unia wciąż czeka na powrót Polski.

Do opisu stanu Unii wymyślano różne metafory: był pacjent z kroplówką, rower (który musi jechać, by się nie przewrócić); teraz jest moda na porównania kolejowe. Zatem: kończy się paroletni postój unijnego pociągu na stacji, która mogła być wręcz końcem wspólnej drogi; hamujący podróż wagon brytyjski został odczepiony; niemiecka lokomotywa gospodarcza kipi pod parą; kto teraz nie wsiądzie, zostaje na peronie. Faktycznie, od ubiegłorocznego smętnego orędzia Junckera nastroje w Europie zmieniły się diametralnie. Gospodarki unijne rosną w tempie nieznanym od dekady; opanowany został kryzys grecki; waluta euro ma się świetnie; dzięki porozumieniom z Turcją i Libią radykalnie ograniczono napływ imigrantów; antyunijni populiści przegrali wybory w Holandii i Francji, a w Niemczech zapowiada się triumf Angeli Merkel; ba, nawet Brytyjczycy, ku satysfakcji eurokratów, zaczynają dyskutować o „exicie z brexitu”. Lansowana przez Junckera koncepcja „Unii, która chroni” wydaje się dziś niezłą emocjonalną, a więc i polityczną, odpowiedzią na wewnętrzne i zewnętrzne zagrożenia dla Europejczyków. To nie jest oczywiście czas na nowy federalizm, jednak zaproszenie wszystkich krajów UE do strefy euro, plan ujednolicania standardów socjalnych czy usprawnienia procesów decyzyjnych wyraźnie wskazują kierunek jazdy pociągu: więcej Europy. A my? Wsiadamy czy wysiadamy?

Jeśli odrzucić propagandowe zaklęcia, nie ulega wątpliwości, że wszystko, co robił PiS w sprawach europejskich, sugerowało wolę wyjścia, może nawet nie formalnego „polexitu” z Unii, ale faktycznego „euroexitu” z Polski. Podgrzewanie konfliktów w sprawie ochrony praworządności i niezależności sądownictwa, nielegalne wycinki Puszczy Białowieskiej, odmowa solidarności wobec imigrantów, teraz sprawa niemieckich reparacji – a przede wszystkim agresywna rządowa retoryka i propaganda antyunijna musiały być odbierane jako kroki w kierunku drzwi.

Na pytanie: dlaczego Oni tak czynią, jest kilka uzupełniających się odpowiedzi, choć żadnego dobrego wytłumaczenia. Jasne: przede wszystkim, żeby wyzwolić się z ograniczeń, jakie na każdy unijny rząd nakłada wspólnie przyjęte prawo; żeby zademonstrować swojemu elektoratowi buńczuczną suwerenność; żeby odsunąć Polskę PiS od wpływów Tuska i „jego popleczniczki Merkel”. Zapewne gra też rolę metoda polityczna PiS, czyli atakowanie każdego, kogo podejrzewamy o brak szacunku; zasada – sprawiać kłopoty, bo wtedy będą się z nami liczyć. Ale być może chodzi także o planowe formowanie własnego elektoratu. Jeśli PiS chce utrzymać ludowy, antyelitarny, scalony mitami i lękami, zamknięty charakter własnej formacji, musi niszczyć mit Zachodu, obowiązujący przez ostatnie dekady nakaz doganiania i upodabniania się do zachodniej Europy, przejmowania tamtejszych standardów ustrojowych, obyczajów, wzorców kultury. Rządzone autorytarnie, monopartyjne „katolickie państwo narodu polskiego” nie da się wmontować w unijną konstrukcję.

Jest jakaś fundamentalna, nieusuwalna sprzeczność między ideologicznymi założeniami państwa PiS a systemem przekonań, na których została zbudowana Unia. PiS za istotę polityki uważa konflikt, obronę własnych interesów i suwerenności władzy, podtrzymywanie silnej tożsamości narodowej i religijnej, powrót do nieskrępowanego poprawnością, „naturalnego”, gorącego języka polityki. W takim zestawieniu Unia jest rzeczywiście tworem sztucznym, zimnym, wykoncypowanym. W imię obrony Europy przed nawrotem morderczej historii, założyciele Wspólnoty zaproponowali Europejczykom historyczny eksperyment, zaprzeczający wszelkiej „naturalnej”, karmiącej się odruchami i stereotypami, czyli politycznym fast foodem, polityce. To było włączenie Niemców, przecież tuż po wojnie, w proces budowy Nowej Europy (czytaj s. 18), narzucenie koncyliacyjnego, wstrzemięźliwego języka społecznej i politycznej komunikacji, ideologia tolerancji wobec mniejszości, równoważenie poprzez instytucje brukselskie interesów członków wspólnoty. Nic z tego nie pasuje do PiS. Trudno ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]