POLITYKA

Czwartek, 23 października 2014

Polityka - nr 17 (2905) z dnia 2013-04-24; s. 20-21

Temat tygodnia

Jacek Żakowski

Polacy są jacyś inni

Jesteśmy Polakami! Czyli jesteśmy inni – to widać. Ale najbardziej inni jesteśmy w tym, czego nie widać. Aż trudno uwierzyć, jak dobrze można to zmierzyć.

Dzięki hiszpańskiej fundacji BBVA, która solidnie zbadała przekonania i postawy Europejczyków w dziesięciu krajach Unii, mamy polską odmienność podaną na talerzu. Nie wolno przeoczyć takiej szansy, byśmy sami siebie wreszcie ostro zobaczyli i dobrze zrozumieli. Ale nie po to, żeby się jeszcze bardziej puszyć. Bo, prawdę mówiąc, nie bardzo jest do tego powód. Ale jest co sobie wyjaśniać, objaśniać, rozumieć. W każdym razie chyba lepiej wiedzieć, niż bujać w obłokach.

Więc tak, jesteśmy inni: kompletnie inni, konsekwentnie inni i tradycyjnie inni. Inni nie tylko niż Szwedzi, Niemcy, Francuzi, ale też niż nasi bracia Czesi. Nasza inność to przede wszystkim osobność. Nie tylko jako odrębność, ale przede wszystkim jako brak ciekawości. Opowiadając o tym polskim braku ciekawości, Wyspiański pisał: „niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna”. Jeśli jego opinia trafnie oddawała ówczesną polską nieciekawość świata, to można powiedzieć, że od tego czasu poszliśmy jeszcze dalej we wskazanym przez wieszcza kierunku.

Hiszpanie zapytali Europejczyków, „jak bardzo interesują cię informacje” o świecie, Europie, twoim kraju i twoim mieście albo miejscowości. Tylko w jednej kategorii Polacy nie byli najmniej zainteresowani (i zajęli przedostatnie miejsce). Europą jeszcze mniej niż Polak interesuje się przeciętny Brytyjczyk. Ale Polska nie leży na wyspie.

Polski brak ciekawości nie jest wynikiem znudzenia niekonkluzywnością debat i nierozwiązywalnością wciąż tych samych problemów. Polacy raczej nie mają okazji się nimi zmęczyć lub znudzić. Mają o nich mgliste lub żadne pojęcie, z tego prostego powodu, że w odróżnieniu od większości Europejczyków nie śledzą wydarzeń, a zwłaszcza nie wysilają się, żeby je zrozumieć. Prasę czytamy ponad trzy razy rzadziej niż przeciętny mieszkaniec Unii. Tylko co dziesiąty z nas codziennie czyta jakąś gazetę na papierze albo w Internecie. Sześć razy rzadziej niż Szwedzi, pięć razy rzadziej niż Holendrzy, cztery razy rzadziej niż Niemcy, trzy razy rzadziej niż Anglicy i Francuzi oraz dwa razy rzadziej niż Czesi.

Z niewiedzą idzie w parze radykalna bierność. Do członkostwa w jakiejkolwiek organizacji przyznaje się tylko co szósty z nas. To też jest najgorszy wynik. Ponad dwa razy gorszy od średniej badanych krajów. „Należymy” pięć razy rzadziej niż Duńczycy, cztery raz rzadziej niż Niemcy, dwa razy rzadziej niż Hiszpanie i Czesi. Podobnie różnimy się pod względem niemal wszelkich społecznych aktywności. W kampaniach politycznych, dawaniu pieniędzy na partie i inne organizacje, podpisywaniu petycji, udziale w strajkach, protestach internetowych, demonstrowaniu, bojkotach konsumenckich, wywieraniu bezpośredniej presji na polityków jesteśmy od dwóch do pięciu razy mniej aktywni niż przeciętni Europejczycy.

Cośkolwiek w sprawach publicznych robi ponad 40 proc. Europejczyków i tylko 18,6 proc. Polaków. Mamy na przykład prawo być dumni ze skali i skutków spontanicznie zwołanych masowych protestów młodzieży w sprawie ACTA, ale nie zmienia to faktu, że w protestach organizowanych przez sieci społecznościowe uczestniczymy ponad dwa razy rzadziej niż przeciętni Europejczycy, blisko cztery razy rzadziej niż Hiszpanie czy Szwedzi.

Różnica jest tak duża, że próbując usystematyzować postawy społeczne w różnych krajach, hiszpańscy badacze stworzyli cztery kategorie – bardzo aktywnych Nordyków (Szwecja, Dania, Holandia), dość aktywne europejskie jądro (Francja, Niemcy), niezbyt aktywny obwarzanek (Hiszpania, Włochy, Wielka Brytania, Czechy) i czwartą kategorię, do której należy Polska. Tylko Polska. Politycznie i geograficznie niewątpliwie jesteśmy częścią Europy. Ale społecznie i kulturowo raczej tylko z nią sąsiadujemy. I to przez gruby mur albo – jak kto woli – przez głęboki rów.

Nasza konsekwentna pasywność może wydawać się dziwna zważywszy, że według tych samych badań Polacy zdecydowanie najrzadziej (też dwa razy rzadziej niż średnia) należą do jakiejkolwiek partii lub choćby czują do którejś z nich sympatię. Można by więc odnieść wrażenie, że generalnie odrzucamy system, nie utożsamiamy się z nim, nie chcemy być jego częścią. Tu też wyraźny jest podział na tworzące kontinuum trzy grupy (Nordyków, centrum i obwarzanek) oraz Polskę, którą od reszty dzieli przepaść przynajmniej pięćdziesięcioprocentowej różnicy.

To jednak jest zaledwie mniej ważna część problemu. Prawdziwym kłopotem jest to, że najwyraźniej taki stan rzeczy Polakom odpowiada. Pod względem zadowolenia z tego, jak demokracja działa na szczeblu krajowym, jesteśmy zdecydowanie powyżej europejskiej średniej. Nasza (bierna, nieciekawa, nieangażująca nas) demokracja bardziej nam się podoba niż Anglikom, Francuzom, Czechom, Włochom, Hiszpanom stan demokracji w ich krajach. Bardziej zadowoleni niż my są tylko Nordycy i Niemcy. To raczej nie zapowiada, żebyśmy chcieli coś zmieniać i aktywniej się włączać. Zwłaszcza że nie uczestnicząc i nie interesując się sprawami publicznymi, mniej niż przeciętni Europejczycy odczuwamy brak wpływu na podejmowane w naszym ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]