POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 23 (3113) z dnia 2017-06-07; s. 94

Passent

Daniel Passent

Polak Pollackowi nierówny

Prezydent Duda został niedawno uwieczniony, jak na oficjalnej fotografii przywódców Zachodu na znak zadowolenia podnosi oba kciuki do góry i śmieje się od ucha do ucha. Nie mam mu tego za złe, jest młody, cieszy się karierą, akurat w tym niczego strasznego nie ma. Wpadki zdarzają się każdemu. Wolę to niż słynną kiedyś fotografię polityka SLD, który – nie świadom, że jest „kamerowany” – klepał tłumaczkę tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Gorzej natomiast, kiedy prezydent, zamiast porozumiewać się na migi, zabiera głos. Styl przemówień prezydenta Dudy celnie skomentował znakomity prawnik prof. dr Jerzy Zajadło w książce „Felietony gorszego sortu”: „Te reżyserowane przerwy, ta intonacja głosu, to oczekiwanie na aplauz audytorium, to wybiórcze traktowanie historii i faktograficzne przekłamania, te wyciszenia, zawieszenia i akcentowania, te prymitywne retoryczne chwyty, to manipulowanie faktami i ocenami, ta historyczna ignorancja, te szczękościski i pozorowana ekspresyjna mimika, ten mentorski gniew jedynego prawego i sprawiedliwego, ale głównie te treści – wszystko to sprawiało wrażenie niezwykle pokrętnego i pretensjonalnego patosu w sprawie, która wymaga przede wszystkim powagi, pamięci, ciszy (…)”.

Problematyczne jest, czy prezydent, który „każdego dnia łamie konstytucję”, ma legitymację do rozmowy o jej zmianie. „Wyobraźmy sobie – pisze Zajadło – że znajomi, którzy przychodzą do was na przyjęcie, rozrzucają naczynia i demolują dom, a następnie proponują dyskusję o zasadach organizacji przyjęć”. Tak jednak jest. Prof. Andrzej Zybertowicz w rozmowie z Konradem Piaseckim (TVN24) powiedział ostatnio, że wyrok sądu „to nie jest Pismo Święte”, a poza tym możliwe, że Sąd Najwyższy nie działał w dobrej wierze.

Nie tylko forma, ale przede wszystkim działania prezydenta budzą sprzeciw, zwłaszcza prawników. Prof. Marcin Matczak z UW mówi („Tygodnik Powszechny”, a także „Kropka nad i” w TVN24), że propozycja referendum konstytucyjnego „zaskakuje”, ponieważ zgodnie z konstytucją referendum odbywa się nie przed, ale po przygotowaniu projektu, żeby suweren mógł go przyjąć lub odrzucić. Moim zdaniem prezydent obstaje przy terminie referendum 11 listopada 2018 r., żeby wykorzystać patriotyczne uniesienie narodu w stulecie niepodległości i na tej fali dopłynąć do drugiej kadencji.

Ostatnio, w związku z zabiegami o wybór Polski na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, odżyły mocarstwowe ambicje naszych władz państwowych. „Chcemy grać globalnie”, „jesteśmy liderem regionalnym”, „ważnym graczem europejskim”, „kluczowym krajem Trójmorza”, filarem Wyszehradu i Weimaru. Gdy przychodzi jednak co do czego, to wyniki są różne – kompromitacja 1:27 w Brukseli (w tym „zdrada” Orbána) czy 0:7 w Sądzie Najwyższym w sprawie ułaskawienia „niewinnego” Mariusza Kamińskiego.

Na szczęście teraz mamy sukces w ONZ – 190:2. Jego skalę łatwo przecenić lub nie docenić. Z jednej strony głosowanie pracowicie przygotowane (choć byliśmy jedynym kandydatem z regionu) i wchodzimy do Rady Bezpieczeństwa, ale tam czeka na nas nie tyle ważny fotel, co straponten, i to tylko na dwa lata. Podobny sukces odniosły w tych wyborach Kuwejt, Peru i Wybrzeże Kości Słoniowej. A w poprzednich Egipt, Japonia, Senegal, Urugwaj, Ukraina, Angola itd. To szczęście spotyka nas już po raz szósty po wojnie. Czyli mamy sukces, ale podobny do tego, jaki odnieśliśmy poprzednim razem, w latach 1996–97. Nikt dziś tego nie pamięta. Straponten, może niewygodny, pozwala jednak głosować, wnioskować, poznać ważnych ludzi, zajrzeć za kulisy, lobbować w kuluarach. Radujmy się więc, ale bez utraty przytomności.

Piękne słowo „Polska” używane jest już tak często, że aż mechanicznie. W jednej rozmowie („wSieci”) z prezydentem Dudą czytamy m.in.: „zachęcić do głosowania Polaków”, „konstytucja Polaków nie uchroniła”, „relacje państwa polskiego ze światem”, „polska suwerenność”, „to Polacy mają nadać kierunek”, by „Polacy mogli sami zdecydować”, „chcę się dowiedzieć od Polaków”, „czas by wreszcie wypowiedzieli się w tej sprawie Polacy”, „dumni Polacy mają się wypowiedzieć”, „da się Polskę zmienić”, „Polacy obdarzyli mnie zaufaniem”, by członkowie rządu „dobrze służyli polskiemu społeczeństwu”, „to miejsce (Krakowskie Przedmieście) wybrali Polacy”, celem wizyty było wsparcie „polskich przedsiębiorców”, odbudować „polski przemysł”, „będę dalej spokojnie pracował dla Polski”, „Polacy mogą nie uwierzyć w takie obietnice”, „czy Polacy będą o tym pamiętali” itd.

Nie wszyscy są jednak nami zachwyceni. Martin Pollack – znany austriacki pisarz i tłumacz literatury polskiej na niemiecki (przełożył m.in. wszystkie książki Kapuścińskiego) – dobrze zna nasz kraj. W latach 80. został nawet wyrzucony z Polski na 9 lat. Potem był okres miodowy, aż do czasu, kiedy niedawno Instytut Polski w Wiedniu zerwał z nim współpracę, do której sam go zapraszał. Dlaczego? Bo mu się nie podoba „dobra zmiana” i uznał, że nie może milczeć (przedtem demaskował własnego ojca, który był esesmanem, i&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]