POLITYKA

Niedziela, 28 maja 2017

Polityka - nr 12 (3103) z dnia 2017-03-22; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Polakożercy i Niemcofile

PiS odreagowuje brukselską porażkę w sposób okropny. Donald Tusk, niemal natychmiast po wyborze, dostał prokuratorskie wezwanie na świadka w kompletnie dętej sprawie; zapewne może się spodziewać kolejnych wezwań, a nawet (czemu nie, skoro zapowiadał to sam prezes partii?) wysłania za przewodniczącym Rady Europejskiej Europejskiego Nakazu Aresztowania. Nie ma wątpliwości, że znajdzie się prokurator, który taki kwit wystawi. (Z jakim skutkiem i jak na to może zareagować Unia – piszemy na s. 12). Osobiste nękanie Tuska jest małostkowe, mściwe, dla niego samego może być irytujące i absorbujące, ale w sumie to operacja niepoważna. Widać zresztą, że PiS już sondażowo płaci za awanturę wokół Tuska – po raz pierwszy od 2015 r. (badanie IBRIS) PiS przebił w dół granicę 30 proc. poparcia, a PO zbliżyła się do partii rządzącej na odległość dwóch punktów procentowych. Potoczny rozsądek nakazywałby raczej nie ciągnąć tej europejskiej wojny „jeden przeciw wszystkim”, odpuścić, pozwolić zapomnieć niepotrzebną porażkę, ale wiemy już przecież, że partia Jarosława Kaczyńskiego (w czym zresztą jej specyficzna siła) posługuje się raczej logiką emocji niż kalkulacji.

Pobrukselska kampania nosi wszelkie cechy reakcji kompensacyjnej, w której dominuje potrzeba ulżenia własnemu napięciu, wyrównania rachunków, odzyskania naruszonego poczucia ważności. Przybrało to postać symbolicznego i politycznie absurdalnego odwetu „na Niemcach”, którzy, „promując Tuska”, upokorzyli i ośmieszyli Jarosława na oczach całej Europy. Ruszyła, na wielką skalę, propaganda antyniemiecka przypominająca żywcem gomułkowską narrację o odwetowcach z Bonn. W kolejnych rozpaczliwych wywiadach sam Jarosław Kaczyński zaklina się, że „jesteśmy jedynym państwem w Europie, które potrafi się przeciwstawić Niemcom”, że „nikt nie będzie nas traktował jak piłki do kopania”, że wszystkie te Hiszpanie, Włochy, Francje, a nawet Węgry uginają się pod dyktatem Berlina, więc nasz wynik 27:1 w sprawie Tuska to wielki sukces godnościowy. Plakatowym odzwierciedleniem tego wywodu jest okładka „Gazety Polskiej”, pisma uznanego przez Prezesa za „najwierniejsze”, które zawsze było z partią (z nami), „nie kluczyło, nie zmieniało kursu, nie lawirowało”. Pewnie Państwo znają już tę okładkę: Donald Tusk w mundurze hitlerowskiego Wehrmachtu, wysiadający wraz z innymi nazistami (wśród nich Angela Merkel) w okupowanej Warszawie z tramwaju „Tylko dla Niemców”. Ten obraz niesie jednoznaczne skojarzenia: Donald Tusk, przez lata przywódca największej polskiej partii, jest tu przedstawicielem neonazistowskich okupantów (tym razem pod wodzą Hitler-Merkel?), gotów (po to ma chyba mundur „po dziadku”?) mordować Polaków.

Jak daleko trzeba zabrnąć w nienawiść czy cynizm, żeby miotać takie oskarżenia? To już wykracza poza ramy polityki, wpada w sferę obłędu. Towarzystwo Dziennikarskie, ważna organizacja naszego środowiska, w specjalnym liście otwartym przeprosiło „dziennikarzy i opinię publiczną w Niemczech” za tę nikczemną kampanię. Ale atak na Niemców i Merkel, w którym uczestniczą gremialnie działacze i media PiS, przenosi się już na inwestycje niemieckie w Polsce (te medialne mają być, co rząd zapowiada, „repolonizowane”, bo rzekomo pracujący w nich polscy dziennikarze służą interesom niemieckim). Pomówienia są kierowane w stronę fundacji i organizacji społecznych, np. ekologicznych, które uzyskiwały jakieś środki z Niemiec. W propagandzie PiS wszystko, co dziś ma jakiś związek z Niemcami, jest moralnie skażone. Jeśli w tej sytuacji niemiecki minister zaprasza Mateusza Morawieckiego jako swojego gościa na szczyt G20, to znaczy, że Niemiec może być jednocześnie postnazistą (tak też nazywa ich w tym tygodniu prezydent suwerennej Turcji Erdoğan) oraz poprawnym politycznie – a więc tym bardziej godnym pogardy – łatwowiernym „Niemiaszkiem”. Rząd jeszcze nie wzywa do bojkotu niemieckich produktów i protestów w niemieckich fabrykach, które skolonizowały Polskę, ale znów, nie chodzi tu przecież o jakąkolwiek logikę, lecz o rozkołysanie nastrojów.

Trudno powiedzieć, jaka może być skuteczność tej propagandy. Miliony Polaków mają swoje osobiste doświadczenia ze współczesnymi Niemcami i chyba nie da się im wmówić, że za Odrą żyją wściekli Polakożercy, dybiący na nasze terytorium, suwerenność i godność. Zresztą badania opinii publicznej w ostatnich latach sytuowały Niemców wysoko w rankingach najbardziej lubianych przez Polaków nacji. Mimo rozmaitych różnic i sporadycznych napięć we wzajemnych relacjach zadomowiło się w Polsce przekonanie o nadrzędnej, praktykowanej pierwszy raz w historii, polsko-niemieckiej wspólnocie interesów. Ale, podobnie jak nasze nastawienia proeuropejskie (s. 15), polska „niemcofilia” jest świeżej daty, więc pewnie płytko zakorzeniona. Dopiero od ćwierćwiecza prowadziliśmy po naszej stronie żmudny proces emocjonalnego pojednania polsko-niemieckiego, redukcji historycznych lęków, rozbrajania stereotypów. I to się da szybko zdemolować. Przekaz negatywny, podlewany strachem, napędzany pomówieniami, pamięcią krzywd, może tu wyrządzić ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]