Czwartek, 17 maja 2012
Z dr. hab.Grzegorzem Leszczyńskim, polonistą z Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, o zasobach słów, magii języka, zgubnych skutkach nieczytania i o tym, po co istnieją poloniści, rozmawia Sławomir Mizerski
Sławomir Mizerski: – Miewa pan kłopoty ze zrozumieniem ludzi, którzy mówią do pana po polsku?
Grzegorz Leszczyński: – Jeśli mam kłopoty, to nie tyle ze zrozumieniem, co z zaakceptowaniem tego, co ludzie do mnie mówią. Czasem nie mogę się nadziwić, że ktoś sformułował jakąś myśl.
Ile słów zna przeciętny Polak?
Z badań wynika, że wykształcony Polak zna około pięciu tysięcy słów, czyli tyle, ile zawiera średniej wielkości podręczny słownik dwujęzyczny. Ale na co dzień używa około dwóch tysięcy.
Dlaczego nie używa pozostałych trzech tysięcy? Ma jakiś problem z ich użyciem czy nie odczuwa potrzeby włączania ich do swojego codziennego języka? Może za leniwy jest?
Po prostu to są słowa, których używamy rzadko. Takie spektrum, do którego sięgamy, gdy zachodzi potrzeba. I właśnie „spektrum” to słowo z tego zbioru. Sięgnąłem po nie, bo było mi potrzebne.
Czyli że te trzy tysiące zawsze mamy w pogotowiu?
One stanowią dodatkowe zaplecze, taki zaskórniak, do którego sięgamy, gdy chcemy coś specjalnego nazwać, opisać.
Ciekawe, ilu słów używa pan jako polonista? Do dziesięciu tysięcy pan już doszedł?
Szalenie trudne pytanie, ponieważ ani nie liczę tego, ani nie mam specjalnej pożądliwości do gromadzenia takich zasobów. To trochę, jakby mnie pan zapytał, ile butów jeszcze bym sobie dokupił? Odpowiadam: tyle, ile byłoby mi potrzebne. Jeśli jakieś słowo jest mi potrzebne, to ono wskakuje do języka. Jeśli usłyszymy nowe słowo określające coś, czego nie potrafiliśmy dotąd nazwać, to wrzucamy je do tych dwóch tysięcy albo do naszej trzytysięcznej rezerwy. Jako polonista co i raz muszę coś dorzucać tu czy tam.
Rezerwa słów
W naszej rozmowie będę używał tych podstawowych dwóch tysięcy słów, a trzy tysiące będę miał w zapasie, bo mogą się przydać. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że jest jeszcze pewna grupa słów, których znaczenie co prawda rozumiem, ale z powodu wewnętrznych ograniczeń czy zahamowań w ogóle ich nie używam. Gdy mówię albo piszę, po prostu nigdy nie przychodzą mi do głowy. Tkwią na jakimś pawlaczu pamięci, znam je, ale jakby nie są moje.
Wie pan, to dlatego, że język jest zwierciadłem duszy. Taką pan ma wewnętrzną strukturę, duchowość, że one są panu niepotrzebne. Podejrzewam, że w pana języku nie jest potrzebne np. słowo „kwark”.
Gdybyśmy postanowili rozmawiać o fizyce cząstek elementarnych, na której zresztą się nie znam, niewykluczone, że przyszłoby mi do głowy i użyłbym go. Nie używam za to wielu przymiotników i czasowników, chociaż je znam. Nie mam pojęcia, dlaczego. Czuję ubóstwo tej swojej polszczyzny. Noszę ją w sobie, ale jakoś nie potrafię z niej w pełni skorzystać.
To prawda, często mamy wrażenie, że ten nasz język jest ubogi i chciałoby się go uczynić bogatszym, dojrzalszym. Ale z drugiej strony trzeba by się zapytać, czy w grę nie wchodzi tu przypadkiem snobizm językowy. Podczas obrony prac doktorskich często słyszę, ile w wystąpieniach jest słownego indyczenia się, napuszenia. Bywa, że za potokiem wyszukanych terminów czai się niesłychana jałowość myśli. I dopiero gdy takiego doktoranta naprawdę zaskoczy jakieś pytanie i nie potrafi on obudować odpowiedzi wyszukanym słownictwem, zaczyna mówić normalnym, własnym językiem. Nazywa rzeczy po imieniu i nie chowa się za słowami. Bo słowa są także naszą przyłbicą, którą opuszczamy, gdy czujemy się niepewnie, gdy sytuacja nas przerasta, gdy przeżywamy stres. Chowamy się za pancerz i jeśli ktoś będzie chciał nas ugodzić, ugodzi ten pancerz. Zaatakuje język, a nie nas.
Czyli że warto znać język, bo można się nim zasłonić, obronić w rozmowie.
Gdy mój syn był mały, w kółko zadawał mi pytania, ale nie słuchał odpowiedzi, tylko wciąż pytał dalej. Ponieważ nie można dziecka zbyć, czasem z premedytacją kończyłem tę serię taką formułą, której on nie rozumiał, i wtedy rezygnował, bo nie wiedział, jak do tego nawiązać. Kiedyś spytał mnie, czy żet pisze jako zet z kreseczką, czy jako zet z kropeczką, a ja odpowiedziałem: Wiesz Marcinku, to są warianty kombinatoryczne. On powiedział: Aha, i poszedł pisać po swojemu.
Nieźle pan dziecko załatwił.
Można powiedzieć, że jak cyniczny ojciec eksperymentowałem na własnym synu. Ale taka umiejętność to jeden z codziennych pożytków językowych. Z tym że inne pożytki są znacznie waż...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]
Dr hab. Grzegorz Leszczyński jest krytykiem i historykiem literatury, adiunktem w Instytucie Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, autorem m.in. „Literatury i książki dziecięcej. Słowo, obiegi, konteksty”, leksykonu „Elementarz literacki”, antologii „Po schodach wierszy”, „Słownika literatury dziecięcej i młodzieżowej” (redakcja naukowa). Współpracował przy układaniu listy lektur kolekcji „Polityki” i Fundacji ABCXXI „Cała Polska czyta dzieciom”.
Leszczyński Grzegorz, rozmowa, nota biograficzna, "Niezbędnik inteligenta", język polski, czytelnictwo