POLITYKA

Czwartek, 19 października 2017

Polityka - nr 22 (3061) z dnia 2016-05-24; s. 8

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce według Paradowskiej

Janina Paradowska

Polska dla Polaków, Norwegia też

Czy w kwestii rozwiązania sporu wokół TK wkroczyliśmy w nowy etap? Wiele wskazuje, że rzeczywiście pojawiło się, jeszcze niedawno wyśmiewane, światełko w tunelu.

W Sejmie ustalono wreszcie dress code. Gdyby ktoś jednak podejrzewał, że dotyczy on na przykład, w sensie choćby symbolicznym, parlamentarnej mównicy, słów, które z niej padają, sypiących się obelg, zwyczajnych kłamstw czy mało przystojnych lub zupełnie nieprzystojnych okrzyków z sali – mocno się pomyli. Na razie pojawiły się wytyczne dotyczące stroju dziennikarzy (dla panów pożądane marynarki i brak elementów stroju sportowego, dla posłów niekoniecznie) i nic nie wskazuje, aby w drugim etapie pomyślano o parlamentarzystach. Dziennikarze są w Sejmie grupą szczególnej troski, już zamknięto dla nich część korytarzy, którymi przez lata poruszali się bez większego trudu, oczywiście sprawiając czasem politykom kłopot. No cóż, taki to zawód, żeby kłopotów przysparzać. Tymczasem nowa władza ma już tyle problemów, że przynajmniej z dziennikarzami chciałaby mieć spokój. Nadal są dokuczliwi, choć rządowe media starają się, jak mogą, by rządzącym zapewnić pełny komfort sprawowania władzy. Niestety, nie wszyscy są jeszcze rządowi.

Kłopot największy, oczywiście, nadal z Trybunałem Konstytucyjnym ma PiS. Wszystko wskazuje na to, że nie da się sprawy przeczekać do końca kadencji prezesa Rzeplińskiego, kiedy to ustanowienie nowego, partyjnie podporządkowanego prezesa przynajmniej częściowo rozwiązywałoby sprawę, bo wszak od niego zależy wokanda, a na rozpatrzenie czekają kwestie wagi dla PiS zasadniczej: ustawa o prokuraturze, o mediach, o służbie cywilnej, inwigilacyjna, niedługo pewnie trafi antyterrorystyczna.

Niestety, zbyt mocno wtrąca się w sprawę Komisja Europejska, mimo że ważni politycy PiS od dawna deklarowali, że „tego pana”, czyli wiceprzewodniczącego Timmermansa, nie zapraszaliśmy, starając się tym samym odstraszyć go od zajmowania się stanem praworządności w Polsce. Taktyka odstraszania nie przyniosła spodziewanych rezultatów i opinia KE jednak się pojawiła (bez praworządności, czyli unormowania działania TK, nie ma demokracji). Jak widać, wiceprzewodniczący KE jest uparty i nawet nasze nowe dyplomatyczne osiągnięcia, jak nieustanne obrażanie, nie powstrzymują go.

Czy ostra opinia KE jest zaskoczeniem dla Jarosława Kaczyńskiego? Najwyraźniej tak. Tym bardziej że z dnia na dzień wspierana jest kolejnymi, mało przyjemnymi dla obozu rządowego opiniami ważnych światowych polityków. Wprawdzie prezes może lekceważąco mówić, że Bill Clinton – któremu Polska jakoś kojarzy się obecnie z putinowską Rosją, a nie z krajem, który wprowadzał do NATO – może być „przypadkiem medycznym”, a wicepremier wyjaśniać, że wybór między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem to wybór między dżumą a cholerą, jednak otrzymujemy coraz więcej sygnałów, że są wartości, których sojusznicy nie odpuszczą. Że wstając z kolan, można przy okazji rozbić sobie głowę o sufit.

W każdym razie Kaczyński wydaje się gotowy do kompromisu, którego granic sam chyba jeszcze sobie nie zakreślił. Wprawdzie szybkie opublikowanie wyroku Trybunału z marca oraz zaprzysiężenie trzech wybranych prawidłowo sędziów uznaje nadal za kapitulację, ale w przyszłości publikacji już nie wyklucza. Być może dopuszcza, że ustalony zostanie również jakiś sposób, by prawidłowo wybrani sędziowie mogli zostać zaprzysiężeni i objęli swe funkcje.

Nie wydaje się to niemożliwe, tym bardziej że zakulisowe rozmowy trwają, a wewnątrzkrajowe koszty dla partii rządzącej też są widoczne. Całe wielkie podsumowanie „zbrodniczych” rządów PO i spektakl mający pokazać sukcesy premier Szydło, egzaminującej ministrów, stają się tematami dowcipów oraz przedmiotem licznych sprostowań rewelacji ministrów, którzy zostali przyłapani na kłamstwach. Kwestia TK okresowo przykrywa także to, co dla PiS najważniejsze, czyli pięćset złotych do ręki rodziców. Najważniejsze, bo z kolejnych obietnic tak łatwo wywiązać się nie da. Kaczyński nie jest więc już jedynym zwycięzcą. Wie, że musi gdzieś ustąpić. Stawia jednak warunek, że może się to odbyć wraz z uchwaleniem nowej ustawy o Trybunale, nad której kształtem gotów jest jednak dyskutować.

Tak więc nowy projekt PiS nie jest już tekstem kanonicznym, tak jak poprzednia nowelizacja, jak większość wnoszonych do Sejmu przez PiS projektów niezgodnych z konstytucją. Dopuszczono już propozycję ludowców, zapewne dopuszczone byłyby do dalszych komisyjnych prac i następne, czyli Nowoczesnej i KOD, czy opinie zespołu marszałka Kuchcińskiego, który nagle się objawił. Orzeczenie TK z marca, być może opublikowane z wielkim opóźnieniem, Kaczyński nazywa gestem historycznym, ale ma on swoje znaczenie. Bo przecież pociąga za sobą publikację późniejszych wyroków. Szkoda, że jest ich tak mało, że Trybunał jakby nieco zawiesił swoją pracę. Nawet rozumiejąc przeszkody, takie jak choćby zwolnienia lekarskie czy uchylanie się od pracy sędziów pisowskich, czy poczucie tymczasowości, wydaje się, że właśnie intensywność ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]