POLITYKA

Wtorek, 23 maja 2017

Polityka - nr 9 (3100) z dnia 2017-03-01; s. 15-17

Temat tygodnia

Marta SapałaAleksandra Pucułek  [współpr.]

Polska masakra piłą mechaniczną

W wyniku bezmyślnej ustawy ofiarą padają tysiące drzew. Część obywateli tnie bez opamiętania, inni protestują, pikietują, skrzykują się w sieci. Widać kolejną falę obywatelskiego pobudzenia.

W całej Polsce pachnie trocinami. Władza, zaskoczona – i skalą rzezi drzew, i rozmiarem społecznego sprzeciwu – próbuje się wycofać z absurdalnej nowelizacji prawa dotyczącej ochrony przyrody. Trudno jej się zapewne przyznać, że Sejm, a właściwie grupa posłów zgromadzona w Sali Kolumnowej w grudniu 2016 r. przyjęła po nocy bezmyślne ustawy. Toteż Jarosław Kaczyński, korzystając z roli „konstruktywnego opozycjonisty”, w jakiej sam się obsadził, ogłosił, że za wszystkim musiało stać jakieś tajemnicze lobby i to jest powód, dla którego trzeba znów zmienić prawo.

Sprawę odłożono na kolejne posiedzenie Sejmu, zatem polska masakra piłą mechaniczną trwa. Z jednej strony część naszych rodaków tnie, co tam im przy domach wyrosło, jak się wydaje, dla samej radości cięcia. W poczuciu wolności (i świętego prawa własności – jak bałamutnie uzasadniano ustawę), a w istocie samowoli, czynią sobie poddanym przynajmniej ten kawałek ziemi, który do nich należy. Firmy specjalizujące się w wycince nie nadążają z zamówieniami. – Przykro mi to mówić, ale jest to kwestia niedojrzałości – konstatuje dr Piotr Tyszko-Chmielowiec, dyrektor Instytutu Drzewa, jedynej instytucji w Polsce, która kształci certyfikowanych kontrolerów drzew. – Wielu z nas wciąż jest na etapie walki z przyrodą, jak archaiczny rolnik, który własnymi pazurami musi wydrapać każdy metr ziemi pod uprawę.

Z drugiej strony warkot pił obudził kolejną falę obywatelskości. Mamy znów do czynienia z czymś, co przypomina protest Czarnych Parasolek: ludzie nie mogą spać spokojnie, skrzykują się przez internet, wychodzą na ulice, pikietują.

Ryk nie daje spać

Dojmujący warkot mieszkańcy poznańskiego osiedla Tysiąclecia usłyszeli z samego rana. Skrzyżowanie ul. Baraniaka i Inflanckiej, mały las obok, jakieś 200 m do jeziora Malta. Wyjrzeli przez okna i zobaczyli pustynię. Dwóch sąsiadów na swoich prywatnych działkach postanowiło zrobić porządek. Konar po konarze spadały 20-letnie akacje, olchy, czeremchy. Pod piłę poszedł też niewielki dąb i klon. Na miejsce przyjechał zaalarmowany przez mieszkańców Bogumił Gromadziński, leśniczy. Wszystko zgodnie z nowymi przepisami – rozłożył ręce. Na każdej z działek wycięto po ok. 20 drzew.

Kraków, skraj Parku Lotników. Ryk pił mechanicznych nie ustawał przez kilka dni. Przechodnie alarmują ratusz, urzędnicy wysyłają na kontrolę straż miejską, ta nic nie jest w stanie zrobić. Właściciel działki postanowił uporządkować teren, zresztą tłumaczyć się nie musi, bo wycinka ponad 30 drzew przebiega zgodnie z prawem. W obowiązującym planie zagospodarowania przestrzeni działka oznaczona jest jako teren zieleni, ale nowy plan, który w tym roku powinni przyjąć miejscy radni, dopuszcza już możliwość postawienia tu budynku usługowego.

Tylko w stolicy od początku roku pod topór poszły: w Wawrze, na Mydlarskiej – rozłożysty dąb, zdrowy, mógł mieć nawet 200 lat; później przy uliczce Frascati, niedaleko Sejmu – fragment zielonej alei, widocznej już na planach Lindleya; cały skwer przy ul. Stalowej, jedyne zielone miejsce w okolicy; wreszcie skwer przy Nowogrodzkiej, pod siedzibą Urzędu Dzielnicy Śródmieście: 11 drzew, m.in. 60-letnie lipy i kilkadziesiąt krzewów. Wszystko na prywatnych działkach, wszystko – jeśli wierzyć deklaracjom właścicieli – wcale nie w celach biznesowych. Wszystko więc zgodnie z nowym, uchwalonym w grudniu prawem, czyli nowelizacją dwóch ustaw – o ochronie przyrody i o lasach.

I choć autorzy nowych przepisów twierdzą, że mieli zupełnie inne intencje (wśród nich poza wspomnianym wzmocnieniem prawa własności były jeszcze podobno likwidacja biurokracji oraz ukłon w stronę rolników, którzy chcieliby odzyskiwać zawłaszczone przez samosiejki miedze), lex Szyszko, ochrzczone nazwiskiem najbardziej kontrowersyjnego ministra środowiska w historii, okazało się wymarzonym prezentem dla inwestorów. Miasto Jest Nasze, które nagłośniło sprawę wycinki przy Nowogrodzkiej, nie ma wątpliwości, że znowelizowana ustawa jest na rękę deweloperom, którzy mogą wytypowane do ogołocenia tereny przepisywać na prywatnych właścicieli. – Tak wyglądają skutki pisania prawa na kolanie – uważa Paweł Szypulski z organizacji Greenpeace. – Mamy nie tylko dziurę w przepisach, która daje duże pole do nadużyć, bo powoduje, że można wyciąć drzewa na prywatnej posesji, a następnie ją sprzedać i postawić na niej np. supermarket, ale mamy też gigantyczny konflikt społeczny.

Polityka wiórowa

Jeszcze w ubiegłym roku bez zezwolenia można było ciąć jedynie młodziutkie drzewa. Ci, którzy chcieli się pozbyć okazów starszych niż 10 lat bądź grubszych niż 25 cm w obwodzie (a w przypadku platanów, robinii czy wierzb – 35 cm) musieli uzyskać zgodę odpowiedniego urzędu. Udowodnić, że drzewo zagraża bezpieczeństwu, jest martwe, poważnie chore lub koliduje z inwestycją. Niekiedy wnieść opł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]