POLITYKA

Poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Polityka - nr 13 (3104) z dnia 2017-03-29; s. 110

Passent

Daniel Passent

Polska różnych prędkości

Kategorycznie protestuję przeciwko przyjęciu króla Polski Jarosława I przez brytyjską premier Theresę May, a nie przez królową Elżbietę II. „Nie tak się umawialiśmy” – tłumaczył się minister, kiedy zwróciłem mu uwagę na kolejny fatalny błąd polskiej dyplomacji. – Policzek od królowej to gorzej niż 27:1 od Europy. Angole znów zrobili nas w konia – powiedziałem. Wszystko przemawiało za tym, żeby Jarosław I był gościem Elżbiety II, by zajechał karetą zaprzężoną w cztery konie przed Pałac Buckingham, a nie taksówką na Downing Street 10. Wielka Brytania ma królową – my mamy króla. Tam tron jest dziedziczny, tu jest elekcyjny. Tam rząd podlega królowej – u nas podlega królowi. Elżbieta II powołuje i odwołuje ministrów – Jarosław I robi to samo. Królowa jest głową Kościoła – u nas tron i ołtarz to jedność. Królowa jest nietykalna, podobnie jak u nas król. Królowa stoi na czele władzy wykonawczej, którą sprawuje za pomocą rządu Jej Królewskiej Mości. U nas to samo. Polska premier i prezydent nie ukrywają swojego oddania Jego Królewskiej Mości. Elżbieta II nadaje tytuły szlacheckie – Jarosław I nadaje spółki Skarbu Państwa. Monarchowie obu krajów decydują o nadawanych odznaczeniach, ratyfikują umowy międzynarodowe, po części sprawują także władzę ustawodawczą. Drobna różnica polega na tym, że królowa pełni także funkcje dekoracyjne. U nas funkcję dekoracyjną pełni rząd.

Zresztą, spójrzmy na realny układ sił. Kiedyś nad Imperium Brytyjskim nigdy nie zachodziło słońce. Dzisiaj Wielka Brytania jest sierotą po Unii Europejskiej, antykiem rozpadającym się na Szkocję, Walię i kilka innych prowincji. Tymczasem Polska jest liczącym się mocarstwem, przeciwwagą dominacji niemieckiej, według ministra Konrada Szymańskiego – liderem ponadregionalnym, przewodzi więcej niż Europie Wschodniej. Trzeba było dużo złej woli ze strony Brytyjczyków i niekompetencji polskiego MSZ, żeby dać sobie wcisnąć Theresę May zamiast królowej. Nasz monarcha został poniżony, a wraz z nim – nasz kraj. My wstajemy z kolan, a Anglicy podsuwają nam swoją premier – jak gdybyśmy nie mieli dość własnej!

W kraju – nie lepiej. Niemrawość dziennikarzy jest porażająca. Pamiętacie wypadek kolumny samochodowej pani premier w Oświęcimiu? Limuzyna Audi, wzmocnione cacko wartości 2,5 mln zł, rozkwaszone na posadzonym tam przez Tuska drzewie, mimo że – jak zapewniał minister Błaszczak – kawalkada wlokła się z prędkością zaledwie 50–55 km/godz. Sądziłem, że nasi dziennikarze rzucą się na koncern Audi z szeregiem trudnych pytań i zarzutów: Co mówi rejestrator? Jak wyglądały „próby zderzeniowe” takiego samochodu u producenta? Kiedy zbadacie wrak? Chętnie bym zobaczył przedstawiciela Audi na krześle elektrycznym u Moniki Olejnik.

Czekam także, kiedy „Wiadomości Narodowe” zaproszą funkcjonariuszy Audi do Polski, każą im obejrzeć limuzynę i zapytają: z jaką prędkością ich zdaniem mknęła, żeby ulec takiemu zniszczeniu? Dlaczego produkują samochody z tektury? Kto zapłacił z naszych podatków za taką tandetę? Tusk? To na co czekamy? Rozumiem, że takich pytań nie zadają dziennikarze „Faktu” czy „Newsweeka” przebrani za Polaków, ale ci z mediów narodowych – dlaczego milczą? Czy nie pora zdemaskować niemiecki koncern? Jeżeli śledztwo w tej sprawie będzie się wlokło jak Audi, to jego wyniki ogłosi dopiero prokurator generalny Budka za 10 lat.

W odróżnieniu od Audi, które wloką się jak kareta, samochody BMW po prostu fruwają jak rakiety Wernera von Brauna. Zwłaszcza jeśli sterują nimi minister Macierewicz i Caruso kierownicy – legendarny Pan Zbyszek. Ponieważ Pan Zbyszek ma już na liczniku więcej niż sześćdziesiątkę, na jego miejsce resort szykuje młodego rajdowca, niejakiego Misiewicza. Na razie ten szeregowy pracownik MON (kierowniczych stanowisk nie wolno mu zajmować) porusza się na tylnej kanapie limuzyny BMW z kierowcą. Jest to typowy sposób przemieszczania się szeregowych pracowników ministerstwa w dobie oszczędności budżetowych. To jest ta „pokora”, którą zapowiadała premier Szydło. Na tylnej kanapie może sobie Misio uprawiać tak zwany „suchy pedalarz” – przyspieszać exodus generałów i hamować awanse pułkowników. Firma BMW triumfuje. Jej samochód, z załogą w składzie Pan Zbyszek – kierowca, i Pan Antoni – pilot, wygrała Rajd Wolności na trasie Kaczyński–Rydzyk i z powrotem.

Zwycięska załoga wygrała także wyścig pocieszenia, pogoń za lisem znikającym z miejsc wypadku. Śledztwo w sprawie „incydentu drogowego” (hi! hi!) BMW prowadzone jest przez żandarmerię. Gdyby sprawę wzięła w swoje ręce cywilna prokuratura (wypadek miał miejsce na drodze publicznej, a nie na poligonie), los Macierewicza byłby w rękach Ziobry, a tak to los Macierewicza jest w rękach … Macierewicza. Sprawa prowadzona jest z szybkością wraku. Jak długo jeszcze polski ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]