POLITYKA

Poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Polityka - nr 4 (3095) z dnia 2017-01-25; s. 8

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Marek Borowski

Marek Borowski

Polska wałachem stoi

Dziś zajmiemy się mądrościami ludowymi i odkryjemy ich nowe praktyczne znaczenia.

Zacznijmy od „lewą ręką za prawe ucho”, czyli po co robić coś prosto, jeśli można to skomplikować. Do tego powiedzonka jak ulał pasują łamańce, jakie rząd wyczynia z systemem emerytalnym. Przypomnijmy: w 2012 r. ustawowo przedłużono wiek emerytalny mężczyzn i kobiet z, odpowiednio, 65 i 60 lat do 67 lat. Z jednym wszakże zastrzeżeniem, o którym zdaje się mało kto dzisiaj pamięta: podwyższanie wieku emerytalnego miało być stopniowe – a konkretnie o jeden rok co cztery lata. 67-letni wiek emerytalny mężczyźni mieli osiągnąć w 2020 r., a kobiety dopiero w roku 2040 (!). Była to logiczna konsekwencja faktu, że żyjemy dłużej, a więc i pracować powinniśmy dłużej, zwłaszcza że osób w wieku produkcyjnym, które będą zarabiać na nasze emerytury, będzie relatywnie coraz mniej.

Jednak gdy polityków zaślepia żądza władzy, logika musi ustąpić miejsca chciejstwu. Podpisując ustawę obniżającą wiek emerytalny, prezydent Andrzej Duda z właściwym sobie zadęciem oświadczył, że dopiero teraz Polakom „przywracana jest godność”. Skądinąd wiadomo, że podpis Andrzeja Dudy obniża emerytury pań o ok. 33 proc., a panów o ok. 11 proc., ale cóż – godność kosztuje. Autorzy tej „dobrej zmiany” dobrze o tym wiedzą, stosują więc znaną metodę wyjaśniania przez mącenie. „Przecież my nikogo nie zmuszamy do przejścia na emeryturę. Jeśli czuje się na siłach, niech nadal pracuje” – powiadają. Ale przecież dotychczasowa ustawa właśnie to przewidywała! Przy ustawowym wieku emerytalnym 67 lat pozwalała przejść na wcześniejszą, odpowiednio niższą emeryturę w wieku 65 lat (mężczyźni) i 62 lat (kobiety). Po co więc lewą ręką do prawego ucha sięgać, kiedy wystarczyło co najwyżej lekko skorygować to, co było? Już Gogol przecież proroczo napisał: „Oczywiście Aleksander Macedoński bohaterem był – ale po co zaraz łamać krzesła?”. Wygląda jednak na to, że dopóki Rosjanie nie oddadzą wraku, Gogol będzie na indeksie.

No dobrze – powie ktoś – zmiana niepotrzebna, ale w sumie na jedno wychodzi i nic się nie stało. Otóż stało się. Podwyższenie wieku miało dwa cele: ochronę wysokości emerytur i ochronę budżetu przed nadmiernymi wydatkami (czytaj: przed podwyżką podatków). Rząd przekonuje, że niska emerytura skłoni do niepobierania tejże i kontynuowania pracy – ale to nieprawda. Po osiągnięciu ustawowego wieku emerytalnego obywatel ma prawo do pobierania emerytury i kontynuowania lub podjęcia zatrudnienia – gwarantuje mu to wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Mało tego, ustawa gwarantuje podwyższenie naliczonej emerytury do wysokości emerytury minimalnej (dziś 1 tys. zł), jeśli ta pierwsza jest od tej drugiej niższa (a takich przypadków przy niższym wieku emerytalnym będzie multum!).

W sumie, po obniżeniu wieku emerytalnego, bez względu na to, czy obywatel będzie nadal pracował czy nie, czekają nas ogromne wydatki budżetowe. Wie o tym minister Morawiecki, więc jego resort śle różne pomysły mające zniechęcić do... czego? Ano do rezygnacji z odzyskanej właśnie godności i nieprzechodzenia na emeryturę mimo osiągnięcia wieku, o który PiS i obaj panowie Duda walczyli tak zajadle.

Proponuje się więc np. zakaz lub ograniczenie dorabiania na emeryturze (wbrew wyrokowi TK) czy zaprzestanie naliczania składek tym, którzy pracują, pobierając emeryturę. Ale czy to wystarczy? Mogą być potrzebne bardziej zdecydowane kroki. Podrzucam pomysł: emerytura nie zostanie przyznana, jeśli kandydat na emeryta nie przedłoży notarialnie potwierdzonej zgody rodziców.

I w ten to sposób rząd, który już trzymał się lewą ręką za prawe ucho, teraz jeszcze prawą złapie się za lewe. Proszę wykonać tę figurę i stanąć przed lustrem: tak właśnie będzie wyglądał nasz system emerytalny (albo budżet państwa – zależy, co się uchwali).

Czas teraz na znane przysłowie „(Bez)Pańskie oko konia (nie)tuczy”. Wpadły mi w rękę dwa numery magazynu „Świat Koni” (nie mogę przecież stale czytać „wSieci” i „Do Rzeczy”), a w nich wiadomości, od których grzywa się jeży. Nie przebrzmiały jeszcze echa kompromitacji podczas aukcji koni arabskich w Janowie Podlaskim, a tu kolejne porażki. W Czempionacie Europy w Belgii wystawiliśmy 22 konie, a zdobyliśmy zaledwie jeden brązowy medal. Tymczasem w 2015 r. mieliśmy dwa złote medale i jeden brązowy, a w 2014 r. – dwa złote, trzy srebrne i trzy brązowe. Kolejną klęskę ponieśliśmy na słynnym pokazie koni arabskich w Akwizgranie.

W poprzednich latach Polska odnosiła wielkie sukcesy, zdobywając dziewięciokrotnie Puchar Narodów i sześciokrotnie Puchar Hodowców. Byliśmy liderem. W roku „dobrej zmiany”, w którym zmieniono ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Marek Borowski – polityk, ekonomista, marszałek Sejmu IV kadencji. Od 2011 r. zasiada w Senacie (niezrzeszony), wcześniej był posłem (I–IV i VI kadencji). Współtworzył SdRP. Jako pierwszy zaproponował przekształcenie koalicji SLD w partię, której później był członkiem i wiceprzewodniczącym. Z Sojuszem rozstał się w 2004 r. Wraz z grupą polityków lewicy założył SDPL – z kierowania partią zrezygnował cztery lata później.