POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 25 (2710) z dnia 2009-06-20; s. 34-37

Raport

Wawrzyniec Smoczyński

Polskie koleiny

Ostatnie dwie dekady były może najlepsze w historii Polski. Ale na progu kolejnego dwudziestolecia stoimy wobec zupełnie nowych wyzwań. Przedstawiamy raport „Polska 2030”.

Polscy politycy na ogół unikają głębszej refleksji nad rzeczywistością, polskie partie piszą programy podczas kampanii wyborczych, a gdy przychodzi do rządzenia, zdają się na profesorów lub urzędników, oczekując, że pierwsi wniosą do rządu wiedzę, drudzy znajomość mechaniki państwa. Skutkiem takiego podejścia są nieudolne rządy, władza wykonawcza zdolna w najlepszym razie do realizacji prostych reform i bieżącego zarządzania państwem, a najczęściej jedynie do tego drugiego. Zwłaszcza gdy premier ulegnie czarowi sondaży i utraci zdolność oddzielania spraw ważnych od doraźnych.

Rząd Donalda Tuska nie jest tu wyjątkiem. Zamiast przebudowywać państwo, przesuwa w nim meble, zablokowany przez prezydenckie weto, kryzys gospodarczy i polityczną inercję. Ale pod jednym względem ten rząd jest wyjątkowy: w Kancelarii Premiera powstał dokument próbujący uchwycić wyzwania następnego dwudziestolecia.

Raport „Polska 2030” to także klucz do polskiej teraźniejszości. Na 380 stronach zespół młodych ekonomistów, prawników i socjologów pod kierunkiem Michała Boniego rysuje fascynującą panoramę kraju w przebudowie, wyzwolonego przez dogłębną transformację, a zarazem uwięzionego w głębokich koleinach cywilizacyjnych. „Polska 2030” to opowieść o kraju, gdzie nie ma teraźniejszości, jest tylko ciągła próba sił między przyszłością a przeszłością. Bo definiującą cechą dzisiejszej Polski jest to, że wciąż się rozwija.

Czas po 1989 r. można podzielić z grubsza na trzy okresy: transformację, czyli gwałtowne zmiany systemowe, związane z wprowadzeniem demokracji i kapitalizmu; modernizację, czyli łagodniejsze, choć często głębsze przemiany społeczne i gospodarcze, towarzyszące drodze do Unii Europejskiej; wreszcie trwający od akcesji jałowy bieg, gdzie rozwój w wielu dziedzinach trwa siłą wcześniejszego rozpędu albo spontanicznej inicjatywy, ale z braku spójnej wizji i jasnego celu powoli wytraca prędkość i synergię.

Przez 20 lat nie dorobiliśmy się ani kompleksowej diagnozy kraju po transformacji, ani strategii dalszego rozwoju, która wnikałaby w istotę polskich wyzwań i uwzględniała powiązania Polski z otaczającym światem. Rządy krajów rozwiniętych regularnie tworzą i aktualizują takie strategie, by w gąszczu krótkoterminowych działań i średnioterminowych reform nie stracić z oczu długofalowych celów, nawet jeśli ich kraje cieszą się już utrwalonym dobrobytem i ugruntowaną pozycją w świecie. W Polsce pierwszym dokumentem tej klasy jest raport Boniego.

Rozczaruje się ten, kto w „Polsce 2030” będzie szukał gotowych recept. Ten dokument nie jest ani wizją przyszłości, ani planem reform, tylko właśnie raportem, diagnozą sytuacji zorientowaną na praktyczne zastosowanie, jakim ma być jak najlepsze wykorzystanie szans rozwojowych przyszłości. Zaletą „Polski 2030” jest brak skrzywienia ideologicznego. Liberalnemu spojrzeniu na gospodarkę, akcentującemu mobilność i konkurencję, towarzyszy wrażliwe podejście do kwestii społecznych, z naciskiem na solidarność pokoleń, walkę z wykluczeniem i opiekę nad potrzebującymi.

Raport Boniego nie skupia się na instytucjach, tylko na procesach. Opisuje Polskę jako dynamiczny organizm społeczno-gospodarczy, a nie statyczną maszynę narodowo-produkcyjną, jak zwykli ją widzieć ojcowie polskich reform i autorzy wcześniejszych dokumentów strategicznych. Dla profesorów będzie nie dość akademicki, dla urzędników nadmiernie naukowy, ale jego siłą jest właśnie to, że teoretyczna analiza przeplata się nieustannie z praktyczną syntezą, czyniąc najnowszą wiedzę użyteczną dla polityków. Dla nich jest obowiązkową, choć niełatwą lekturą.

Głównym zagrożeniem dla Polski nie jest dziś Rosja czy Erika Steinbach, tylko dryf rozwojowy. Po dwudziestoleciu przemian mieliśmy prawo czuć się zmęczeni i spragnieni odpoczynku – wyrazem tego zmęczenia była eksplozja populizmu po wejściu do Unii, aktem odpoczynku jest trwająca do dziś masowa konsumpcja, której towarzyszy polityczna apatia. Obu postawom towarzyszy poczucie, że najważniejsze przemiany mamy już za sobą, że z krętych dróg transformacji wyjechaliśmy na prostą krajów zachodnich. Owszem, wyjechaliśmy, ale ta prosta to autostrada, na której trzeba jechać bardzo szybko i wiedzieć, dokąd się zmierza.

Według autorów raportu Polska powinna przyjąć „polaryzacyjno-dyfuzyjny” model rozwoju. Polaryzacyjny, czyli pobudzający wzrost gospodarczy nawet za cenę doraźnych nierówności, a zarazem dyfuzyjny, czyli rozpraszający owoce wzrostu w taki sposób, by stopniowo wyrównać szanse regionów i grup pomiędzy sobą. Motorem rozwoju będzie nadal gospodarka, zmieni się natomiast rola państwa. Z biernego amortyzatora, który łagodził społeczne skutki likwidacji umierających gałęzi gospodarki i restrukturyzacji nierentownych przedsiębiorstw, musi stać się aktywnym i inteligentnym promotorem szans rozwojowych.

Ta ramowa koncepcja sprowadza się do 10 konkretnych wyzwań, sformułowanych w postaci dylematów rozwojowych. Bo za każdym oczywistym postulatem – pełnego zatrudnienia, gospodarki opartej na wiedzy czy spójnego społeczeństwa – kryje się złożony problem, którego nie da się sprowadzić do ideologicznego wyboru ani rozwiązać za pomocą jednej genialnej recepty. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]