POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 12 (3103) z dnia 2017-03-22; s. 102

Passent

Daniel Passent

Pomidor

Jeśli chodzi o Europę dwóch prędkości, to – acz bez entuzjazmu – jestem „za”, a nawet „za plus”. Wolałbym Europę jednej prędkości, taką, w której rekolekcje odbywają się po lekcjach, a nie kosztem nauki, taką, w której pigułka „nazajutrz rano” jest od lat (jak w katolickiej kiedyś Hiszpanii) dostępna bez gonitwy za lekarzem po receptę, Polskę, w której obcy ludzie na ulicy posyłają sobie uśmiech lub wręcz mówią sobie dzień dobry, taką, w której prezydent jest autorytetem moralnym, jak Gauck czy Havel, taką, która rozwija alternatywne źródła energii zamiast dymu z komina, w której nie wycina się bezmyślnie drzew, minister ochrony środowiska nie chodzi z fuzją po lesie, a ministrowie, leżąc na ringu, nie udają, że knock out jest ich zwycięstwem.

Nie możemy żądać, żeby tamta Europa, ze wspólną walutą etc., na nas czekała. Nie możemy też dotrzymać jej kroku, więc musimy pilnować, żeby odjeżdżając, nie zamykała za sobą drzwi. Musimy zdawać sobie sprawę, że nie do końca jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Transformacja w Hiszpanii była dziełem przede wszystkim dwóch ludzi – prawicowego, frankistowskiego premiera Adolfo Suareza i legendarnego w pewnych kręgach przywódcy nielegalnej partii komunistycznej Santiago Carillo. Spotykali się potajemnie, zawarli porozumienie, premier zalegalizował komunistów, ci z kolei dotrzymali warunków umowy – i tyle. A u nas to, co najlepsze – umowę – przedstawia się jako najgorsze, czyli kompromis, to jest zdradę. A czymże jest Unia Europejska jak nie zmową, całą pajęczyną umów, z których każda jest kompromisem? W jaki sposób ludzie bezkompromisowi, Kaczyński czy Macierewicz, mają być współtwórcami kompromisów w Europie, jeśli u siebie w kraju stosują taktykę spalonej ziemi? Wystarczy posłuchać generałów, którym – chwała Bogu! – nie brak jeszcze odwagi, żeby zabrać głos w obronie ojczyzny, czy sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy stanęli przed trudnym dylematem – uczestniczyć w posiedzeniu pod przewodnictwem mgr Przyłębskiej i dać świadectwo swoim poglądom w zdaniu odrębnym czy też bojkotować gremium, które Trybunałem nie jest? Jakże to przypomina dylematy pisarzy i dziennikarzy w PRL: publikować czy nie publikować w warunkach cenzury, Marca i Grudnia? Deficyt demokracji stawia ludzi pod ścianą, wymaga od nich odwagi albo ich łamie. A demokracja autorytarna, nie mówiąc już o dyktaturze, opiera się na strachu.

Nie jest możliwe, żeby w dzisiejszej elicie władzy nikt nie odebrał wyniku 27:1 jako klęski. Przecież to nie są ludzie zaburzeni umysłowo, którzy nie wiedzą, że 2x2=4. Nie jest tak, że PP. Bielan, Brudziński, Duda, Szydło, profesorowie Gliński, Szczerski, Krasnodębski, Zybertowicz, eurodeputowany Czarnecki, Saryusz-Wolski, Sasin, Waszczykowski nie rozumieją, co się stało w Brukseli. Oni dobrze rozumieją, że wymierzono im policzek, że plebiscyt na temat Kaczyńskiego został w Europie przegrany z kretesem, ale wiedzą, gdzie stoją konfitury, więc na widok tego, co miało miejsce, mają jedną odpowiedź: pomidor. Pamiętacie grę w pomidora? Na każde zadawane pytanie dzieci odpowiadają „pomidor”. Które nie wytrzyma – jak Kazimierz Ujazdowski – wypada z gry. – Macierewicz pędził za szybko? – Pomidor. – Polegliśmy w Brukseli? – Pomidor. Tym, co łączy wszystkie te pomidory, jest strach. Kłamstwo smoleńskie, kłamstwo brukselskie, kłamstwa trybunalskie – to wszystko strach. Paraliżujący strach, że jeżeli zapomni się pacierza czy choćby zająknie, to prezes się skrzywi. A słowa pacierza, jak słowa klucze, otwierają drzwi do kariery, czyli – pardon – do spiżarni. Zabawne było, jak kilka dni przed wyborem przewodniczącego Rady Europejskiej politycy PiS zaczęli jak na komendę mówić „doktor” Jacek Saryusz-Wolski. Doktor, doktor, doktor, tak jak kiedyś mówili profesor, profesor, profesor. Ale żaden nie ośmieli się powiedzieć „magister Przyłębska”, bo to by była obraza. Konia z rzędem temu Sasinowi czy Szczerskiemu, który odważy się mówić per „magister Przyłębska”. Ten protokół obowiązuje nie tylko w armii prezesa, ale i w taborach propagandowych. Choć kary nie są tam tak bolesne jak w wojsku, media prorządowe wolą nie mówić o „katastrofie” brukselskiej, najbardziej gorliwe radzą zmieniać temat, bardziej niepokorne uspokajają, że to była zaledwie potyczka, może należało zacząć całą akcję wcześniej, może to, może tamto, ale obowiązuje pogląd Kaczyńskiego, że to było zwycięstwo, nie porażka, żadna klęska, tylko sukces, wiktoria brukselska, bo pokazaliśmy całej Europie gest Kaczyńskiego. Tyle że nie po wygranym, lecz po przegranym konkursie, ale kto by się bawił w szczegóły. Europa szanuje tego, kto umie jej powiedzieć, żeby go pocałowała. Kaczyński zachowuje się jak tyczkarz, który nie pokonał najniższej wysokości i obrażony na sędziów oraz na publiczność pokazuje im gest Kozakiewicza.

Na koniec ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]