POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 5 (7) z dnia 2017-05-24; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 25. Mężczyzna: instrukcja obsługi; s. 54-56

My. Mężczyzna jako syn, partner, rodzic

Ponowny anioł

Lucyfer Jakubowski o życiu mężczyzny w kobiecym ciele

Kiedy poznałem siebie? To nie jest dobre pytanie. Odnoszę wrażenie, że byłbym w stanie na nie odpowiedzieć dopiero wtedy, gdy skończyłoby się moje życie i mógłbym spojrzeć na nie z zewnątrz. Przecież ciągle wydarza się coś, co może wywołać nową reakcję, ujawnić cechy charakteru, które nie miały szansy ujawnić się wcześniej. Dziś wiem tylko, że moja osobowość skrajnie nie pasuje do szablonu. Żadnym kątem, żadnym rogiem. Może więc lepiej zapytać, kiedy zacząłem poznawać siebie? Myślę, że wtedy, kiedy przestało mi na czymkolwiek zależeć.

Udawanie

Cholernie ważne jest to, żeby być sobą i dokonywać świadomych wyborów. Jeśli nie wiem, kim jestem, to ktoś mi może coś wmówić, a ja nie będę wiedział, czy to jest prawda czy nie. Kiedy ci jedna osoba mówi, że jesteś koniem, to patrzysz na nią jak na kretyna, a jak trzydzieści, to zaczynasz to poważnie rozważać.

Przez większość mojego życia dawałem sobie różne rzeczy narzucać. Powiedzieli mi, że jestem dziewczyną. Nie wiedziałem, czy jestem czy nie jestem, więc pomyślałem, że mogę być. Powiedzieli mi, że dziewczyny ubierają się tak i tak, więc skoro niby jestem dziewczyną, to może się tak ubiorę. Koleżanka powiedziała mi, że jeżeli zadbam o swoją kobiecość, to poczuję się szczęśliwy. Zadbałem. I nie poczułem się szczęśliwy. Byłem już tylko zmęczony tym ciągłym udawaniem kogoś, kim nie jestem. Tym, że muszę ubierać się tak, jak nie lubię, malować się, chociaż tego nie lubię, mówić w sposób, którego nie lubię. Wszystko po to, żeby inni mnie lubili. Ale to nic nie dało. Byłem bardzo zły, że mnie odrzucają. Myślałem, że to dlatego, że jestem za mało kobiecy. Nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak transseksualizm. A skoro czegoś takiego dla mnie nie było, jak mogłem uważać, że to, co czuję, jest prawdziwe. O takich sprawach nikt mi nie mówił.

Niechęć

Swoich koleżanek nie znosiłem. Wydawały mi się przesadnie dziewczyńskie. Oczywiście widziałem je stereotypowo. Myślę, że taki jest mechanizm: używamy stereotypu, żeby jeszcze mocniej odrzucić to, czego nie lubimy. Co nie zmienia faktu, że miałem takie koleżanki. Tylko jedna zajmowała się czymś niekoniecznie dziewczyńskim: siatkówką.

Jak mnie wkurzało to ich paplanie. Słuchałem, jak moja najlepsza przyjaciółka opowiada o chłopaku, który jej się podobał, i myślałem: skończ już, błagam. Z drugiej strony próbowałem się na nich wzorować. Miałem przymus wewnętrzny, żeby nauczyć się być jak one. Więc stwierdziłem, że muszę czytać to co one, robić to co one, zachowywać się jak one, mówić jak one i lubić to co one. I ciągle myślałem: dlaczego ja nie umiem tak sobie radośnie paplać o kosmetykach. W końcu je znienawidziłem. Tyle że to była nieuświadomiona niechęć do siebie, za to, że nie mogę być nimi. Że są przykładem kobiecości, do którego w żaden sposób nie jestem w stanie się dopasować. Czyli za to, że nie mogę być normalny. Totalnie toksyczne myśli. Wymagać od siebie czegoś, co jest nierealne.

Kolegom zaś zazdrościłem. Że wiedzą, czego chcą. Że są tacy pewni siebie. Z perspektywy stwierdzam, że większość ich działań, które postrzegałem jako pewność siebie, to było przeciwdziałanie czemuś, czego się wstydzili. Mam chude ramiona, więc jak mnie ktoś zaczepi, to mu prewencyjnie przyłożę. Żeby inni myśleli: może chudy, ale silny. Albo: może ma słabe oceny, ale jest zabawniejszy. Zgodnie z zasadą, że to, co przed „ale” jest nieważne. A dla mnie wszystko się kończyło na stwierdzeniu: jestem nienormalny.

Odrzucenie

Kiedyś myślałem, że jestem zakochany w koledze, a tak naprawdę byłem zauroczony jego bluzą. Rozwaliło mnie, jak to odkryłem. Ale miałem wtedy 13 lat. Około 16. roku życia zacząłem myśleć bardziej dojrzale. Lecz i tak zakochiwałem się w tym, jacy są i co sobą reprezentują, a nie w nich. I nie potrafiłem tego rozróżnić. Może dlatego, że wychowywała mnie tylko mama, która nie mówi o emocjach. Sama ich nie ogarnia, ale nie ma w tym jej winy. Dopóki więc sam się nie zabrałem za rozumienie swoich emocji, nie wiedziałem, co czuję. Przydałyby się w szkołach jakieś zajęcia z komunikacji. Nie tylko z innymi, ale i z samym sobą. Gdybym wiedział, czym są emocje, jak je rozpoznawać i jak wyrażać, to myślę, że nie miałbym takiego problemu. Byłbym w stanie wcześniej dojść do tego, co mi jest, dlaczego jestem ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]