POLITYKA

Piątek, 31 marca 2017

Polityka - nr 8 (3099) z dnia 2017-02-28; s. 125

Passent

Daniel Passent

Port macierzysty

Passent – skądkolwiek wyjdzie – umie trafić tylko do POLITYKI – zadrwił kiedyś Krzysztof Teodor Toeplitz, znakomity autor i przyjaciel. Faktycznie, od kiedy w 1958 r. (59 lat temu) przyszedłem do POLITYKI – nigdy już nie miałem innego adresu dziennikarskiego. Wypływałem w wiele rejsów, ale w końcu zawsze zawijałem do portu macierzystego. Żyję i piszę (dla mnie to prawie synonimy) wystarczająco długo, żeby zdać sobie sprawę, że wieloletnie pożycie z POLITYKĄ było obustronnie korzystne. Przede wszystkim dla mnie. Dlatego w 60. rocznicę pisma mówię: nie pytaj, ile ty zrobiłeś dla POLITYKI – pomyśl, ile ty zawdzięczasz POLITYCE. Interes młodej redakcji i początkującego dziennikarza był zbieżny. Co było dobre dla pisma – było dobre dla autora. I odwrotnie. Małżeństwo z rozsądku, ale – przynajmniej z mojej strony – niepozbawione afektu.

Na pierwszy rzut oka, opinia KTT jest nielogiczna: jak mogłem zawsze trafiać do POLITYKI, skoro nigdy z nią nie zerwałem? To proste: wychodziłem, ale nie odchodziłem. Nigdy nie zamykałem za sobą drzwi, nie odciąłem pępowiny. Mogłem być wypożyczony na sezon lub dwa do innej drużyny, ale zawsze grałem z POLITYKĄ. Gdziekolwiek się znajdowałem – było to na ogół dzięki POLITYCE, dla POLITYKI itd. Wiedziałem, że nigdzie nie będzie mi lepiej – mój język, moi czytelnicy, moi koledzy i przyjaciele, mój kraj. „Z kim ci tak będzie źle jak ze mną?”.

Kilkanaście lat temu, dwaj członkowie kierownictwa redakcji, w eleganckiej rozmowie, złożyli mi propozycję nie do odrzucenia: Emerytura. „O, tu prosimy podpisać”. Był to szok, ponieważ sądziłem, że życie poza POLITYKĄ nie istnieje. – O, niewdzięcznicy! – pomyślałem, to ja was kilkanaście lat temu przyjmowałem do pracy, a teraz wy tak się odwdzięczacie?!

Kiedy w 1961 r. od mojego niemieckiego przyjaciela Thomasa Harlana dostałem jeszcze ciepłe wyznania Adolfa Eichmanna – pobiegłem z nimi do POLITYKI, gdzie okazały się największym sukcesem w historii naszego pisma. Niby wielkie halo, ale do kogo innego miałem pójść?

Pewnego dnia zatelefonował do mnie radca ambasady amerykańskiej Lee Stull, proponując spotkanie w kawiarni Europejskiej. Jak na rok 1962 była to propozycja ryzykowna, ale Rakowski pozwolił, a w charakterze męża zaufania towarzyszył mi Darek Fikus, z którym byłem wówczas zaprzyjaźniony do tego stopnia, że przepisał na mnie należną mu w spółdzielni mieszkaniowej kawalerkę, bo sam trafił do większego mieszkania. (Nasze drogi rozeszły się w latach 80., kiedy Darek został działaczem odnowy, a ja niekoniecznie). Radca Stull zaproponował mi roczne stypendium na Uniwersytecie Princeton. Jest jasne, że gdybym nie był w POLITYCE, takiej oferty bym nie dostał ani nie mógł z niej skorzystać. Tak rozpoczął się najszczęśliwszy rok w moim życiu – Ameryka, „to słynne USA”, 24 lata, stan cywilny – wolny, jeden z najlepszych uniwersytetów, akademik i stołówka, żyć – nie umierać! Po upływie terminu zaokrętowałem się na „Queen Elizabeth”, bo jak mówił Toeplitz…

Moja recepta na udane małżeństwo: przebywać jak najwięcej poza domem. Niebawem znalazłem się w Paryżu, dokąd zaprosił mnie przyjaciel mojego Ojca ze studiów we Francji w połowie lat 30. Nie pamiętam jak do tego doszło, ale spotkałem się na kawie z Konstantym Jeleńskim – jedną z najważniejszych postaci paryskiej „Kultury”. Oczywiście, gdybym nie był z POLITYKI... Od słowa do słowa, zaproponował mi… stypendium. Perspektywa fantastyczna, dwadzieścia kilka lat i Paryż! Vive la France! Z najbliższego, jakże publicznego automatu telefonicznego, zadzwoniłem po błogosławieństwo Rakowskiego, który chyba pomyślał, że spadłem z wieży Eiffla na głowę, i natychmiast ściągnął mnie na ziemię. Tę ziemię… Wróciłem, bo jak pisał Toeplitz…

W POLITYCE spełniło się moje marzenie – po latach ćwiczeń zostałem stałym felietonistą, najpierw jako „Bywalec”, a potem pod nazwiskiem. Śniłem o karierze Słonimskiego, Boya, Kisiela, Toeplitza. W pierwszej połowie lat 70. było jeszcze OK, ale z biegiem czasu cenzura robiła się coraz bardziej dotkliwa, i chociaż nie byłem autorem opozycyjnym, czasami musiałem napisać drugi, a pewnego razu nawet trzeci felieton, żeby ukazał się jeden. Miałem dość, i wtedy wysłałem swoje papiery do Harvardu. Znów – szczęście mi sprzyjało. Oczywiście, gdybym nie był z POLITYKI… I oczywiście po roku, jak pisał KTT...

W latach 80. w POLITYCE zbliżała się dobra, acz niełatwa, zmiana. Los nie pozwolił mi jej zaznać. Jak grom z jasnego nieba spadła na mnie propozycja zostania redaktorem „The World Paper” w Bostonie. Był to dwutygodnik poświęcony sprawom międzynarodowym, który – dla większego pluralizmu – zatrudniał cudzoziemców. Od czasu do czasu ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]