POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 25 (2659) z dnia 2008-06-21; Polityka. Niezbędnik Inteligenta. Wydanie 15; s. 18-22

Filozofia. Pole pytań

Joanna Podgórska

Powab wiedzy o niewiedzy

Z dr. hab. Robertem Piłatem, filozofem, o sensie nauczania filozofii w szkołach oraz o zajęciach współczesnych filozofów rozmawia Joanna Podgórska

Joanna Podgórska: – Wygląda na to, że filozofia trafi w końcu do szkół. Czego powinno się uczyć: historii filozofii czy filozofii?

Robert Piłat: – Zdania są podzielone. Według jednych historia filozofii jest naturalnym początkiem, czymś w rodzaju pola eksperymentalnego, pokazującego, przez jakie koleje przeszła myśl. Studiując ją, widzimy ślepe ścieżki, nabieramy ciekawości i, co najważniejsze, ogarnia nas swoiste nienasycenie. Kiedy młody człowiek dowie się o koncepcjach Leibniza czy Kanta, to z jednej strony będzie odczuwał podziw dla pięknych konstrukcji myślowych, a z drugiej głęboki brak satysfakcji. Nie rozpozna się do końca w tych ideach, będzie chciał więcej. Uznaję wartość tego podejścia, lecz widzę też niebezpieczeństwo, że uczeń nigdy nie dojdzie do pytań, które go naprawdę nurtują. Można więc wyjść od spontanicznego zainteresowania uczniów, a później stopniowo nawiązać do historii filozofii. Praktyka przekonuje, że to drugie podejście jest słuszniejsze.

Przejrzałam propozycję podstaw programowych przygotowanych przez ministerstwo. Tam jest wszystko, czego uczyłam się w ciągu pięciu lat studiów, z semiotyką włącznie. Oni mają to zrobić w rok i „odróżniać fundamentalizm epistemologiczny od fallibilizmu” albo „sformułować epistemiczną koncepcję prawdy, koherencyjną i weryfikacjonistyczną”. To tak, jakby ktoś chciał na dzień dobry zarżnąć filozofię tępym nożem.

Podstawy programowe to komunikat skierowany do nauczyciela, który rozumie, co to jest fallibilizm. Na nim spoczywa odpowiedzialność, jak pokieruje lekcją, aby to przekazać uczniom. Autorzy podstaw zakładają, że do szkół pójdą nauczać wykształceni, kompetentni absolwenci filozofii. Inaczej nie miałoby to sensu. Lecz osobiście nie sympatyzuję z tak skonstruowanymi podstawami programowymi. Element erudycyjny jest ważny, lecz samodzielne myślenie obejmujące przede wszystkim własne pytania jest znacznie ważniejsze. To kwestia proporcji i mam nadzieję, że po różnych recenzjach i konsultacjach podstawy programowe będą jeszcze doskonalone. Ale nawet niedoskonałe podstawy są lepsze niż żadne. Po prostu zacznijmy uczyć.

Filozofia i tak postrzegana jest jako dziedzina archaiczna, pełna trudnych pojęć. Boję się, że zostanie uznana za dodatkowy balast w przeładowanym programie. Czy tego wszystkiego nie jest za dużo?

Jest. Wciąż popełniamy błąd polegający na zaczynaniu od góry, czyli od w pełni rozwiniętej nauki i zastanawiamy się, jak ją wyjaśnić uczniom w szkole średniej. Lecz prawdziwej nauki nie da się tak wyjaśnić, jest zbyt skomplikowana. Dotyczy to w równym stopniu matematyki, fizyki i filozofii. To po prostu za trudne nie tylko dla uczniów, ale i dla profesjonalistów, dla których całe połacie wiedzy poza ich specjalnością jawią się raczej mgliście. Streszczanie, a potem streszczanie streszczeń nic nie daje. Sądzę, że właściwe jest nie tyle udostępnianie wiedzy, co wprowadzanie do naukowego myślenia. Szczerze przyznaję, że boję się tego, co nastąpi po wprowadzeniu filozofii. Na pewno ktoś nawali: nauczyciele będą nieprzygotowani dydaktycznie, podręczniki nieliczne i niedoskonałe, uczniowie niechętnie przyjmą nowe obowiązki i rodzice będą się zżymać na takie niepraktyczne dziwactwa. Istnieje niebezpieczeństwo, że filozofia będzie marginalizowana jako przedmiot, który nie leży w nurcie zdobywczości, nie daje sukcesu na rynku. I nikogo nie przekonamy, że ostatecznie w długiej perspektywie ona niesie sukces, na co są dowody płynące z wielu biografii. Byłoby jednak fatalnie, gdyby pod wpływem tych wątpliwości zrezygnowano z projektu.

A może przez ten rok uczyć tylko filozofii starożytnej? Przecież tam tkwią korzenie wszystkich filozoficznych pytań.

To bardzo kuszące. Z pewnością dziedzictwo antyku jest dla nas wciąż ważne. Ale czy nasze pytania filozoficzne są dziś naprawdę te same? Nie sądzę – nawet wysłowione w ten sam sposób, mają inne znaczenie i sens. Pytania filozoficzne są zawsze zasilane z zewnątrz. W średniowieczu było to na przykład źródło teologiczne, w XVII czy XVIII w. scjentystyczne, później ogromne znaczenie miały ruchy emancypacyjne i rewolucyjne. Teraz źródłem takiego zewnętrznego zasilania jest szeroko pojęta kultura. A te sfery niczym prawie nie przypominają swych starożytnych odpowiedników. Biorąc pierwszy z brzegu przykład: Co to znaczy wolność? Otóż dzisiejsze pojęcie wolności nie miało odpowiednika w starożytnej Grecji. To prawda, że gdy czytamy starożytną literaturę, nie mamy wątpliwości, że gdzieś w głębi wciąż przeżywamy te same problemy. Ale z filozofią jest inaczej. Platon był bez wątpienia geniuszem. I gdyby dziś usiadł tu z nami, nadal uważalibyśmy go za geniusza. Ale jego zestaw pytań jest mocno zdezaktualizowany. To prawda, że od starożytności pytamy wciąż o szczęście, o duszę, o prawdę, o naturę poznania, ale poziom, z którego zadajemy te pytania, jest inny, bo zakłada wcześniejsze odpowiedzi, jest na nich nadbudowany. Cią...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Dr hab. Robert Piłat jest wicedyrektorem ds. naukowych w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, współautorem podręcznika „Edukacja filozoficzna”, autorem książek „Czy istnieje świadomość” oraz „Umysł jako model świata”.