Czwartek, 17 maja 2012
Przedstawiamy pierwszą z dziesięciu wakacyjnych opowieści połączonych z konkursem dla czytelników. Znane postaci (politycy, aktorzy, pisarze, reżyserzy, kapłani) zapraszają nas w swoje ulubione miejsca.
Kawałek „Perły w koronie” kręciłem w Lipinach, dzielnicy Świętochłowic, najbardziej zdegradowanym wówczas miejscu na Śląsku. Statystami, grającymi przedwojennych bezrobotnych, było plemię, liczące chyba ze sto osób, żyjące w norach wygrzebanych w górujących nad domami hałdach i budach skleconych z byle czego. Wszyscy uzależnieni byli od denaturatu – nazywali go bryną, albo SS-likierem. Gardła mieli tak przepalone, że wydobywał się z nich tylko ciężki szept.
Kiedy dostali marne pieniądze za film, przyszli podziękować i wykrztusili: – Panie Kutz, wyście som dla nos Panym Bogiym. My wczora genau porachowali, wiela my u pana zarobiyli, i wyszło nom w przeliczeniu na nasz SS-likier, że mogymy pić przez piyńćset lot. A ja w domu ryczałem z wściekłości: co, kurwa, zrobiono z moim Śląskiem?
Zaglądam jeszcze czasami do Lipin. Trochę hałd rozebrano, inne się zazieleniły, po plemieniu nie ma śladu. Może wymarło, może wryło się w inne hałdy, minęło przecież trzydzieści lat. Poza tym nic się nie zmieniło. Tu czas zatrzymał się gdzieś w latach dwudziestych.
Ucieczki i powroty
Z takiego Śląska uciekłem – w przekonaniu, że na zawsze – pod koniec lat 40., kiedy z marszu dostałem się do łódzkiej filmówki. Dość miałem dupowatych pobratymców, których stać było tylko na kopanie węgla na kolanach i trucie się przy hutniczych piecach. Uciekłem od obrzydliwego poddaństwa w wolny, wydawało się, świat. I jeszcze jeden obraz wyganiał mnie ze Śląska – twarz Ani L. Podkochiwałem się po wojnie w tej jasnowłosej ślicznotce. Szła po wodę i przechodziła koło pociągu z czerwonoarmistami, stojącego na naszej stacji w Szopienicach. Wciągnęli ją do środka i seryjnie zgwałcili. Przybyło jej dwadzieścia lat, jak ją wyrzucali z wagonu. Potem nosiłem obraz Ani jak szczepionkę w sercu, to dzięki niej uchroniłem się od czerwonej legitymacji i konsekwencji z tym związanych.
Wróciłem do domu pod koniec lat 60., bo rozmywałem się na drobne w warszawskich salonach i knajpach – czułem się artystycznie niespełniony i tylko powrót do korzeni mógł mnie podnieść z letargu. Miałem też misję do spełnienia. W „Soli ziemi czarnej”, „Perle w koronie” i „Paciorkach jednego różańca” krzyczałem do Ślązaków jak do filmowych statystów, żeby się buntowali, przestali klęczeć przed każdą władzą, bo przecież żadnemu orłowi nie wypadli spod ogona. Chciałem wziąć Ślązaków za pysk i podnieść ich głowy.
Tymczasem swoją włożyłem w pętlę. W stanie wojennym zabrali mnie z domu – mieszkałem w wybudowanym przed wojną wieżowcu, drugim co do wysokości w Polsce – i zapudłowali w gmachu nowej komendy milicji. Do dziś nie wiem za co, bo jako mądry Ślązak w żadną politykę się nie bawiłem, tylko jako świeży felietonista krzyczałem w rozpaczy, co zrobiono tu z ludźmi i ziemią. Żona, szukając pomocy, trafiła do kurii biskupiej, choć ja, agnostyk, od zawsze byłem na bakier z Kościołem. Jeden z biskupów, Ślązak z krwi i kości, dziś bardzo ważny w hierarchii, po wysłuchaniu jej płaczu nie wytrzymał i wydusił z siebie: – No nie... tym razem, to kurwa przesadzili! Śląsk im tego nie daruje!
Poszukując mnie po aresztach żona straciła dziecko. Po wyjściu dowiedziałem się o tragedii Wujka. Trochę winy sobie przypisałem, bo przecież wcześniej wołałem do krajan, żeby się nie bali i buntowali. To wszystko totalnie mnie załamało. Popadłem w skrajną rozpacz. Mój odbudowywany śląski dom rozsypał się jak domek z kart. Wchodziłem już na stołek i zawiązywałem pętlę. W ostatniej chwili odezwał się we mnie instynkt szczura: uciekaj, bo zginiesz. Ponownie, i ponownie na zawsze, opuściłem Śląsk. Z jednym tylko postanowieniem: wrócę, żeby nakręcić film o „Wujku”, choć pakując walizki raczej nie wierzyłem, że dożyję czasów, kiedy będzie to możliwe.
Ze Śląskiem chciałem pożegnać się „Śmiercią jak kromka chleba”, ale rozstanie przedłużyłem „Zawróconym”. I to miał być koniec. Kotwica w Warszawie, na Śląsk chciałem wpadać tylko przejazdem do ukochanego miejsca w górach, w Milówce za Żywcem, gdzie spędzamy wszystkie wakacje. Wiosną 1997 r., kiedy siedziałem nad scenariuszem „Sławy i chwały”, wprosił się do mnie Leszek Balcerowicz. Powiedział, że w najbliższych wyborach chce zmierzyć się ze Śląskiem i czy ja nie mógłbym mu w&...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]
Kolejnym dziesięciu odcinkom wakacyjnego Półprzewodnika „Polityki”, który inaugurujemy w tym numerze, towarzyszyć będą pytania konkursowe. Czytelników, którzy chcą uczestniczyć w konkursie, prosimy o skompletowanie 10 kuponów i nadesłanie ich na adres redakcji: ul. Słupecka 6, 02–309 Warszawa 22, skr. pocztowa 13, z dopiskiem „Wakacyjny konkurs” – w terminie do 7 września 2002 r. (decyduje data stempla pocztowego). Wśród tych, którzy nadeślą komplet 10 kuponów z prawidłowymi odpowiedziami, rozlosujemy następujące nagrody:
Nagrody główne, fundator Orbis SA:
• 3 dwuosobowe tygodniowe pobyty ze śniadaniami w hotelach Mrongovia, Kasprowy, Novotel Marina;
• 5 dwuosobowych pobytów weekendowych ze śniadaniami w hotelach w Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Toruniu i Poznaniu.
Pozostałe nagrody:
• 1 trzytygodniowy kurs języka angielskiego na Malcie dla 1 osoby z przelotem; • 1 tygodniowy pobyt w Szwajcarii w apartamencie dla 4 osób. Dojazd i wyżywienie we własnym zakresie, fundator Interhome; • Hulajnogi z napędem i miniskutery MV Scooter; • 2 ośmiogodzinne sesje kosmetyczno-pielęgnacyjne w salonach Instytutu Kosmetyki XXI Wieku Dermika Spa&Salon; • zestawy kosmetyków serii Rosarium, fundator Dermika; • Atlasy samochodowe Polski oraz Europy „Shell-Pilot”, fundator Daunpol; • Słowniki i encyklopedie, fundator PWN; • Słowniki językowe, fundator Wiedza Powszechna.
Śląsk, "Polityka", konkursy, Półprzewodnik "Polityki", "Lato w dobrym towarzystwie", Kutz Kazimierz