POLITYKA

Sobota, 24 czerwca 2017

Polityka - nr 2 (3093) z dnia 2017-01-11; s. 46-48

Świat

Marek OstrowskiTomasz Zalewski

Pożegnanie z nadzieją

Barack Obama – po ośmiu latach przywództwa – zostawia Trumpowi świat gorszy i groźniejszy, a Amerykę, choć zamożniejszą, to bardziej podzieloną i skonfliktowaną. Ale jeszcze za nim zatęsknimy.

Zanim jeszcze został prezydentem, na konwencji demokratów w 2008 r. przemawiał do 80 tys. ludzi na scenie imitującej grecką świątynię. Niczym antyczny heros półbóg, który sprawi, że rzeki spłyną miodem. Kiedy wygrał, porównywano go do Roosevelta, licząc, że zmniejszy przepaść między biednymi i bogatymi. Jako anty-Bush miał naprawić wizerunek kraju na świecie, zepsuty wojną w Iraku. Widziano w nim nowego Abrahama Lincolna realizującego marzenie o społecznej harmonii w USA.

Symbolizował nową Amerykę – kolorową mozaikę ras, religii i kultur. Miał zasypać partyjne podziały blokujące reformy – mówił przecież, że nie ma „czerwonych ani niebieskich stanów”, tylko „zjednoczone” stany Ameryki. „Yes, we can” – skandowali jego fani. Jak można było nie mieć nadziei, że wszystko jest możliwe, skoro Ameryka wybrała pierwszego czarnoskórego prezydenta? „Odwaga nadziei” – to tytuł głównej książki Obamy.

1.

Obama kończy kadencję w „antyrosyjskich śmiertelnych drgawkach” – tweetował premier Rosji Dmitrij Miedwiediew. Tak skomentował decyzję Obamy o wydaleniu z USA 35 rosyjskich dyplomatów. W październiku 2016 r. Obama po raz pierwszy użył nowego „czerwonego telefonu” Waszyngton–Moskwa i osobiście ostrzegł Putina, by Rosja nie mieszała się do amerykańskich wyborów i powstrzymała hakerów. Ostrzeżenie nie pomogło.

Wydaleniem dyplomatów Obama podnosi poprzeczkę Trumpowi w klajstrowaniu stosunków z Moskwą i ewentualnym zniesieniu sankcji za aneksję Krymu i agresję na Ukrainę. Czy nowe napiętnowanie Moskwy to nie za mało i nie za późno? Sama Moskwa od lat miała Obamę za wroga: zarzucała mu próbę tworzenia jednobiegunowego świata, decydowania o wszystkim samemu, agresywną politykę wobec Rosji, czyli okrążanie jej bazami i sojusznikami oraz przesuwanie NATO na Wschód, w tym budowę tarczy antyrakietowej, broni rzekomo agresywnej i wymierzonej w Moskwę.

Z drugiej strony Obama krytykowany był za miękkość wobec Putina. Już na początku pierwszej kadencji, w marcu 2009 r., rzucił pomysł „zresetowania” stosunków z Rosją. Dziś reset się obśmiewa jako naiwność, ale czy nie należało spróbować poprawy? W lipcu 2009 r. osobistości z naszego regionu, w tym Lech Wałęsa, wystosowały list otwarty do Obamy, wytykając mu, że zajął się Azją kosztem Europy Środkowej i Wschodniej.

Coś było na rzeczy. Ale w obszernym wywiadzie dla POLITYKI (24/11) przy okazji wizyty w Polsce Obama zwrócił uwagę, że to jego ekipa zmieniła plany poprzedniego rządu USA i nie ograniczy aż tak drastycznie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Potem, już po rosyjskiej aneksji Krymu, Waszyngton zapowiedział dodatkowe 3,4 mld dol. na swoje wojska w tym regionie świata. Czy jednak przeciwstawianie się agresywnej Rosji było wystarczające?

2016 r. wielu komentatorów uznało za „rok Putina”: zwieńczenie jego wieloletnich wysiłków, by mimo słabych kart powrócić do głównego stołu gry, co mu się udało głównie za sprawą interwencji w Syrii dla wsparcia tamtejszego przywódcy Baszara Asada. Z kolei decyzję o nieinterwencji w Syrii Obama sam uznał za najważniejszy moment swojej prezydentury.

Od strony wojskowej wszystko było już przygotowane, by ukarać Asada za zastosowanie broni chemicznej wobec opozycji w 2013 r. Zadecydowały trzy czynniki: Obama przyjął zasadę legalizmu – nie wolno interweniować bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ, Syria była silnym wojskowo krajem i bez zaangażowania wojsk lądowych nie można byłoby pokonać Asada. Ale nade wszystko pamiętajmy, że Obamę witaliśmy jako wybawienie od prezydentury Busha juniora, który zabagnił świat interwencją w Iraku w 2003 r. Od tej nieszczęśliwej wojny Bliski Wschód zaludnił się dżihadystami. Rozwagę i ostrożność Obamy jego krytycy uznali jednak za słabość.

Bo powstrzymanie się przed ryzykowną, być może nawet katastrofalną interwencją miało swoją cenę. Obama powtarzał wcześniej, że Asad „musi odejść”. Powiedział, że używając gazów przeciw powstańcom, przekroczył „czerwoną linię”. Świat oczekiwał więc amerykańskiej akcji zbrojnej – tymczasem prezydent cofnął się w ostatniej chwili. Jego decyzję powitały szyderstwa w Rosji, Chinach i krajach arabskich. Surowo skrytykował ją nawet sekretarz obrony Robert Gates, podkreślając, że kiedy grozi się użyciem siły bez gotowości jej zastosowania, cierpi na tym wiarygodność Ameryki jako dobrego szeryfa.

Obama, zdecydowany przeciwnik Bushowej wojny w Iraku, chyba zbyt wcześnie też wycofał stamtąd wojska amerykańskie. A już z pewnością dał się podpuścić Francji i Wielkiej Brytanii do nalotów na Kadafiego w 2011 r. Europejskie mocarstwa rozpoczęły tę awanturę – rzekomo uzasadnioną względami humanitarnymi, lecz nie politycznymi – i pozostawiły USA w sytuacji wojny domowej, gdyż zabójstwo Kadafiego nie przyniosło upragnionego spokoju. Również nadzieje, jakie Obama mógł wiązać z arabską wiosną, okazały się płonne.

2.

Co więc ma obiektywnie na koncie laureat Pokojowego Nobla, nagrodzony za wysiłki ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]