POLITYKA

Sobota, 29 kwietnia 2017

Polityka - nr 3 (5) z dnia 2017-04-05; Niezbędnik Inteligenta. 1/2017. Wielkie post. Jak wyjść z kryzysu rzeczywistości; s. 35-39

W poszukiwaniu prawdy

Katarzyna Szymielewicz

Prawda algorytmów

Co poszło nie tak? Kto nam ukradł internetową utopię i podstawił fałszywkę? I dlaczego zorientowaliśmy się tak późno?

W styczniu 2010 r., przemawiając w waszyngtońskim Newseum, Hillary Clinton broniła prawa do internetu z gorliwością zręcznego polityka: „Dostęp do informacji pomaga rozliczać rządzących, generuje nowe idee, wspiera kreatywność i przedsiębiorczość”. Z perspektywy 2016 r. te wyobrażenia o transformacyjnej i pozytywnej roli nowych mediów, o dojrzalszej demokracji i edukacji obywatelskiej wydają się niemal naiwne. A przecież jeszcze w 2011 r., kiedy Evgeny Morozov publikował „The Net Delusion”, krytyczne spojrzenie na mariaż technologii i polityki było odbierane jako intelektualna ekstrawagancja.

Dziś nikogo nie trzeba przekonywać, że elektroniczne media to biznes bez miejsca na kontrolę jakości. Przyzwyczailiśmy się, że nie kontrolujemy i nie sprawdzamy źródeł, zamykamy się na odmienne poglądy; przetwarzamy coraz więcej informacji, ale coraz mniej rozumiemy świat i ludzi. W wywiadzie dla POLITYKI (8/17) kulturoznawca Mirosław Filiciak mówi: „Klasyczna wizja, że debata publiczna z udziałem mediów służy porozumieniu, rozsypuje się jak jakaś fantastyczna utopia”. Jednak gdyby nie szok wywołany przez skalę i realny wpływ tzw. podrobionych wiadomości w 2016 r., zapewne wcale byśmy tego nie zauważyli.

Zafrapowany poziomem dezinformacji, na której skorzystał Donald Trump, Craig Silverman (BuzzFeed) przyjrzał się temu, co się działo w mediach społecznościowych w kluczowych miesiącach minionego roku. Przeanalizował zaangażowanie (tj. liczbę reakcji), jakie wywoływały rzetelne doniesienia medialne i sfabrykowane narracje. Ustalił, że wraz z rozwojem kampanii rósł poziom zaangażowania po stronie nieprawdziwych newsów, by w kulminacyjnym punkcie przebić rzetelne doniesienia o 1,4 mln reakcji!

Kariera fałszywych wiadomości w ostrym świetle pokazała mechanizmy, przed którymi sceptyczni badacze nowych technologii przestrzegali od dawna. Łatwość w promowaniu kłamstw i półprawd to pochodna ogólnej podatności mediów elektronicznych na dezinformację; skutek uboczny modelu dystrybucji treści opartego na zasadzie: im więcej klikają, tym lepiej, mniejsza o jakość. Ta bylejakość nie kończy się z momentem, w którym zamykamy przeglądarkę: kryzys mediów elektronicznych w realny sposób przekłada się na życie społeczne i politykę. Dopóki on trwa, mamy wątpliwe szanse na przezwyciężenie innych kryzysów, napędzanych przez populistyczną retorykę.

Nadmiar

Historia tego upadku zaczyna się od nadmiaru. Coraz więcej treści trafia do sieci, bo to się opłaca. W tradycyjnych mediach kluczowym ograniczeniem był wysoki koszt: każda kolejna strona drukowanej gazety musi się zwrócić. W efekcie na szpalty trafiały tylko te treści, które dawały szansę wysokiej sprzedaży. W mediach elektronicznych obowiązuje odwrotna logika: więcej nie znaczy drożej, a wręcz ilość przekłada się na zarobek. Dlatego serwisy i sklepy internetowe utrzymują dużo niszowych treści, które mają szansę przyciągnąć dodatkowych czytelników. Chris Anderson (Wired, 2004 r.) opisał ten model generowania zysku jako efekt długiego ogona. Po przeanalizowaniu zysków największych serwisów takich gigantów jak Amazon czy Netflix Anderson doszedł do wniosku, że w ogólnym rozliczeniu większe dochody przynosi im masa niszowych produktów niż sprzedaż najpopularniejszych.

To, co dla internetowych mediów jest nieszkodliwym, tanim w produkcji towarem, z naszej perspektywy generuje szum informacyjny czy wręcz informacyjny smog (pojęcie ukute przez dziennikarza Davida Shenka). Możemy już tylko żartować o „przeczytaniu internetu”, skoro zawartość każdego z tysięcy portali informacyjnych przerasta to, co przeciętny człowiek jest w stanie przyswoić przez całe życie. W efekcie doświadczamy paraliżu analitycznego: tracimy zdolność podejmowania decyzji opartych na danych, ponieważ na każdy możliwy temat – od wyboru filtra do kawy, po decyzje polityczne i zawodowe – mamy zbyt dużo informacji, nierzadko ze sobą sprzecznych.

Nadmiar informacji – wpisany w ekonomiczny model działania mediów elektronicznych – podnosi wartość naszej uwagi. Jak twierdzą Michael Goldhaber i Georg Franck (promotorzy pojęcia ekonomii uwagi), to właśnie ona jest dziś najrzadziej występującym i najbardziej pożądanym dobrem. Ten, kto jest w stanie skupić na sobie więcej uwagi, zyskuje większą władzę. Z kolei rosnąca wartość uwagi stymuluje ostrzejszą konkurencję treści, które muszą o nią walczyć. W efekcie nasze otoczenie jest najeżone sygnałami, które mają za zadanie złowić nasze spojrzenie i przekierować uwagę, choćby na sekundę, w stronę jakiegoś produktu. Dla ludzkiego mózgu ten wyścig jest szalenie męczący.

„Zbyt dużo informacji do przetrawienia dla naszego mózgu prowadzi do niemożności oceny sytuacji, która z kolei wywołuje uczucie ekstremalnego znużenia” – tak o efekcie tzw. zmęczenia informacyjnego piszą Andrew Stanley i Philip Clipshain, autorzy książki „Information Overload – Myth or Reality”. Na eskalację tego efektu wpływa ciągłe podłączenie do urządzeń, a za ich pośrednictwem – mediów społecznościowych. To pokoleniowe doświadczenie cyfrowych tubylców, których praktyki ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]