POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 41 (2266) z dnia 2000-10-07; s. 28-31

Kraj / Ogląd i pogląd

Barbara Pietkiewicz

Prawdziwa twarz Kopciuszka

Adopcja to fascynująca forma rodzicielstwa, ale też bardzo ryzykowna!

Pomogłam w przysposobieniu przynajmniej piętnaściorga dzieci gorąco do tego namawiając wahających się, bezdzietnych lub mających własne dzieci przyjaciół, znajomych i ich znajomych. Odszukałam telefony w starych notesach. Zatelefonowałam do dziewięciu rodzin. Do pozostałych bałam się już dzwonić.

Zadzwoniła do mnie pani X. – Moja córka wychodzi dziś za mąż – powiedziała. – Ma pani w tym udział. Przed dwudziestu laty przeczytałam pani artykuł o adopcji. Popłakaliśmy się z mężem. Przyjęliśmy do rodziny dziewczynkę i kochaliśmy ją bardziej od syna, którego urodziłam. Zniszczyła nam życie.

Napisałam wiele tekstów o adopcji. Widziałam w domach dziecka setki dzieci, klejących się do każdego, kto bodaj zatrzyma na nich dłużej wzrok. „Weźcie je, otoczcie miłością i opieką” – pisałam. Nie miały nikogo na wyłączność przez pierwsze lata życia i dlatego chorują. Trzeba się nauczyć postępowania z takim dzieckiem, trzeba wiedzy, cierpliwości, a nade wszystko miłości. Witaminy „M”, która czyni cuda.

Nie tylko pisałam, pomagałam adoptować. To byli doprawdy świetni ludzie. Mądrzy, przyjaźni światu, niebiedni: właśnie tacy przeważnie adoptują dzieci. Mniej altruistyczni a zasobni jeżdżą opalać się na Goa albo szczerze i uczciwie mówią, że nie wiedzą, czy mieliby serce dla cudzego. Albo ich zwyczajnie nie stać.

„Moje” dzieci świetnie się rozwijały i rosły. Później kontakty z ich rodzicami rozluźniły się, oni wyraźnie ich ze mną nie szukali.

Jak dwie połówki

Anna B. wzięta w drugim roku życia z domu dziecka w Stargardzie Szczecińskim kierowanego przez ówczesnego dyrektora, który z pewnością oddał do adopcji więcej dzieci niż sierocińce z kilku województw razem wzięte. Pamiętam pokój przygotowany na jej przyjęcie u doktorostwa B. – w różowe paski. Matka i dziecko przylgnęły do siebie jak dwie połówki szukające się po świecie. Pani B. mówiła, że tęskni za nią, jak musi wyjść bodaj na zakupy, na godzinę, na pół.

Spotkałam 10-letnią Annę na nartach. – Słabo się uczy, ale to się zmieni – powiedziała jej mama. – Najgorsze, że ucieka z domu po lekcjach. Urządziliśmy jej stół do ping-ponga w piwnicy. Ma projektor, może zapraszać koleżanki. I nic. Szukamy jej godzinami po osiedlu. Psycholog orzekł, że to ich wina. – Coś w waszym wychowaniu szwankuje – zawyrokowałam i ja. – Nie uciekałaby, gdyby było inaczej. Pani B. spuściła głowę.

Anna po dziesięciu latach. Skończyła podstawówkę, obłożona korepetycjami. – Nie jest zdolna, ale zaakceptowaliśmy to – mówi matka. Poszła na kursy fryzjerstwa. Marzyła o tym zawodzie. Wyrzucono ją z praktyki w zakładzie, bo kradła. Zewsząd ją za to wyrzucają. Nie musi kraść. Dostaje większe kieszonkowe niż drobne sumy, które wyciąga z torebek klientek. – Sami też chowamy przed nią pieniądze. Nigdy nie miała do czynienia ze złodziejami, nikt w środowisku, w którym wyrosła, nie kradnie. Nudzi ją towarzystwo siostrzeńców, dzieci znajomych, woli chłopaków i dziewczyny spod sklepów z piwem. – Nałogowo pali, choć u nas nikotynizm obłożony jest anatemą. Namiętnością jej życia jest dyskoteka i nic więcej. Bardzo się o nią boimy. Co takiego zrobiliśmy złego? Gdzie nasza wina, gdzie błąd?

Matka Sebastiana R. nie jest skłonna do wynurzeń. Ojciec duszę by za niego oddał. Był dla syna ojcem, kumplem, przyjacielem. Uwielbiał go. W szesnastym roku życia Sebastian zaczął okradać samochody. Przedtem dręczył zwierzęta. – Nie było chyba niczego takiego, czego by nam oszczędził – mówi matka. Ojciec nie mógł się z tym pogodzić. Zmarł na zawał. Matka podzieliła mieszkanie na dwie kawalerki. Wie, że Sebastian ostatnio siedział. Nie chce go znać.

Z Gracją właściwie wszystko jest dobrze – mówi jej matka, tłumaczka. Skończyła prywatne liceum. Zna angielski, bo ze względu na dziecko rozmawiali z mężem w tym języku. Wyrosła na ładną pannę. Powiedziała, że dalej uczyć się nie będzie. Bo to nie ma sensu. Ciągle gdzieś chodzi, ktoś podwozi ją i odwozi drogimi samochodami. Zaczęła pracować w agencji towarzyskiej wciągnięta przez koleżankę. – Kiedyśmy ją błagali, żeby przestała to robić, powiedziała, że to zawód taki sam dobry jak inny i ona go lubi. Ale w domu nadal jest taka jak dawniej – miła, dobra, serdeczna, ciągle mamuńciu i mamuńciu.

Antoni też jest taki – serdeczny i miły. Był w dziesięciu zawodówkach, żadnej nie skończył, bo nałogowo wagaruje. Matka kryła go jakiś czas przed ojcem, chodziła do psychologów, prosiła, błagała. Wydało się, kiedy obrabował sklep. Jest teraz drobnym pijaczkiem. Na noc przychodzi do domu. Otrzyma po śmierci rodziców piękną willę pod Warszawą, pełną starych pamiątek, zbieranych przez kilka ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Tagi

dzieckoadopcja