POLITYKA

Niedziela, 20 sierpnia 2017

Polityka - nr 20 (3110) z dnia 2017-05-17; s. 21-23

Polityka

Ewa Siedlecka

Prawo i sprawiedliwość dla PiS

Prędzej czy później państwo PiS się skończy. Czy da się je rozliczyć bez politycznych nacisków na sądy i prokuraturę, zachowując demokratyczne standardy? Dążenie do rozliczenia za wszelką cenę byłoby powielaniem metod dzisiejszej władzy.

Dziesięć lat temu, gdy padała IV RP, rozliczanie skończyło się na nieprawomocnym wyroku na Mariusza Kamińskiego i jego podwładnych z CBA za aferę gruntową. I na przegranych MON w procesach cywilnych o ochronę dobrego imienia, wytaczanych przez osoby niesłusznie umieszczone jako tajni współpracownicy WSI w raporcie z likwidacji tej służby. Odszkodowania płaciło państwo.

Mówi się, że wtedy do pociągnięcia do odpowiedzialności funkcjonariuszy PiS za IV RP zabrakło woli politycznej. Ale to prawda tylko w wypadku Zbigniewa Ziobry: zabrakło posłów PO do przegłosowania wniosku o postawienie go przed Trybunałem Stanu. Wszelkie inne sprawy o odpowiedzialność karną czy konstytucyjną nie wypaliły, bo prokuratura i sądy albo nie znalazły podstaw do odpowiedzialności, albo uciekały od oskarżania i skazywania. W praworządnym państwie władza wykonawcza nie może niczego narzucać organom wymiaru sprawiedliwości. A III RP miała być państwem praworządnym.

Czy można odbudować państwo prawa bezprawnymi metodami, naciskami polityków na prokuraturę i sądy? Ten sam dylemat mieliśmy po 1989 r. Postanowiliśmy nie budować nowego ładu na bezprawiu. Skończyło się przekonaniem, że ani PRL, ani IV RP nie zostały rozliczone. Przekonaniem, które działa jak wolno uwalniająca się do tkanki społecznej trucizna. Brak rozliczenia demoralizuje też każdą następną władzę, która działa w poczuciu bezkarności. Rozliczyć może ją jedynie opinia publiczna, a tą łatwo manipulować.

Z drugiej strony łamaniem prawa nie zaprowadzi się praworządności. To równie demoralizujące jak bezkarność. Prędzej czy później pozbawia autorytetu wymiar sprawiedliwości i samo prawo.

Za co więc można rozliczyć PiS nie tylko politycznie, czyli w wyborach?

Uchwalanie ustaw sprzecznych z konstytucją. Prawo stanowi parlament. Nie ma możliwości pociągnięcia parlamentarzysty do odpowiedzialności karnej za głosowanie na niekonstytucyjne rozwiązanie. Można sobie wyobrazić np. pociągnięcie do odpowiedzialności ministra, w którego resorcie zainicjowano niekonstytucyjny projekt, i urzędników, którzy nad nim pracowali. Ale oni powiedzą: przecież to nie my ustanowiliśmy to prawo, tylko posłowie i senatorowie. A podpisał prezydent.

W każdym kraju zdarza się ustanowić prawo sprzeczne z konstytucją. Dla eliminowania takiego prawa powołano sądy konstytucyjne. Jednak uchylenie przepisu przez sąd konstytucyjny nie jest podstawą do ukarania rządzących za jego wymyślenie i ustanowienie. Trudno więc będzie pociągnąć kogokolwiek za pięć ustaw, którymi PiS zniszczył Trybunał Konstytucyjny. Samo zniszczenie Trybunału jest złamaniem konstytucji, jednak odbyło się na mocy ustanowionego przez parlament prawa. I znaleźli się eksperci, którzy twierdzili, że jest ono zgodne z konstytucją. Podobnie z innymi ustawami wprowadzającymi „dobrą zmianę”: w prokuraturze, mediach publicznych, służbie cywilnej, inwigilacji, handlu ziemią itd.

Odpowiedzialność prezydenta za łamanie konstytucji. Prezydent Andrzej Duda rozpoczął urzędowanie od dwóch aktów, którymi – jak uważa większość prawników, w tym np. Komisja Wenecka – złamał konstytucję i ustawy. Po pierwsze, nie zaprzysiągł wybranych w październiku 2015 r. pięciu sędziów TK. I nie wykonał wyroku z 3 grudnia, który rozstrzygał, że trzech z tych sędziów wybrano prawidłowo.

Po drugie „ułaskawił” Mariusza Kamińskiego i trzech innych funkcjonariuszy CBA, skazanych nieprawomocnie za przekroczenie uprawnień podczas prowokacji w Ministerstwie Rolnictwa.

Obie sprawy niewątpliwie nadają się do Trybunału Stanu. Ale prezydent może się bronić, że prawo dotyczące ułaskawień i zaprzysięgania sędziów nie jest jasne. Pamiętajmy, że opinia Komisji Weneckiej na ten temat została zanegowana przez tzw. Zespół Kuchcińskiego. I są opinie prawników wynajętych przez PiS, którzy uważają, że prezydent mógł nie zaprzysięgać sędziów. I że niepublikowany wyrok Trybunału nie jest wyrokiem. Obrońcy prezydenta Dudy zapewne podnosiliby, że zgodnie z zasadą domniemania niewinności wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego.

W sprawie ułaskawienia Kamińskiego ma się wypowiedzieć – jeszcze w maju – Sąd Najwyższy, odpowiadając na pytanie prawne sądu, do którego odwołały się osoby pokrzywdzone działaniami CBA. Ale jeśli SN uzna, że prezydent nie mógł ułaskawić, to znowu: dla uznania go winnym trzeba by dowieść, że umyślnie złamał prawo, bo przepisy o ułaskawieniu nie budzą wątpliwości. Skoro jednak sąd zadaje pytanie prawne Sądowi Najwyższemu – to można twierdzić, że budzą.

Prezydent podpisuje ustawy na pierwszy rzut oka budzące wątpliwości konstytucyjne, zamiast je posłać przedtem do Trybunału. Ale nie on pierwszy. Po drugie: nie ma oczywistego konstytucyjnego obowiązku posyłania prewencyjnie ustaw do Trybunału.

Przed zarzutem mianowania Julii Przyłębskiej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]