POLITYKA

Piątek, 26 maja 2017

Polityka - nr 40 (3079) z dnia 2016-09-28; s. 12-13

Rozmowy Żakowskiego

Jacek Żakowski

Prawo powrotu

Nie pozwalajmy, żeby nasza inteligencja była niewolnikiem złych emocji – mówi Dalajlama, przestrzegając przed złudzeniem, że kiedy pokonamy złych ludzi, to wszystko będzie dobrze.

Jacek Żakowski: – Kiedy widzi pan miliony ludzi uciekających przez Morze Śródziemne i w wielu innych miejscach świata, myśli pan: „Coraz więcej nas, uchodźców, na świecie”? Czuje się pan jednym z nich?
Dalajlama: – Tak. Bo to zawsze jest wynik sytuacji w ich krajach. I skutek działania wielkich mocarstw. Wielkie narody – jak Ameryka, a teraz także Rosja – powinny skuteczniej demonstrować wolę zaprowadzenia pokoju w Syrii i całym regionie.

Winny jest Zachód?
Zachód zmaga się z problemem uchodźców, którzy tu uciekają. A powinien zmagać się z problemem pokoju w ich krajach. Na tym trzeba się koncentrować. Bo prawdziwym problemem są niezliczone tysiące dzieci i dorosłych, których życiu w ich własnych krajach grozi niebezpieczeństwo. Trzeba tym ludziom dawać tymczasowe schronienie. Trzeba dzieciom zapewnić dostęp do nauki. Młodym ludziom trzeba dać szansę zdobycia zawodu. Ale przede wszystkim trzeba im umożliwić powrót do ich krajów i odbudowanie tam normalnego życia. Nie chodzi o to, żeby tu zostali. Chodzi o to, żeby mogli wrócić i żyć normalnie u siebie. Z pomocą Unii Europejskiej.

A nie w Unii?
Celem musi być, żeby każdy mógł mieszkać u siebie. Sto tysięcy tybetańskich uchodźców mieszka w Indiach. Kilkadziesiąt tysięcy w różnych innych miejscach. To trwa już bardzo długo. Ale zawsze myślimy o tym, żebyśmy mogli wrócić tam, gdzie nasze miejsce. Do naszego kraju. Prawo powrotu jest prawem podstawowym. I prawo do odbudowania swojego własnego kraju. Każdy człowiek ma prawo być u siebie. I każdy chce być u siebie.

Myśli pan, że marzenie o powrocie jest naturalnym stanem umysłu każdego uchodźcy?
Powinno być. To jest oczywiste. Nawet naturalne fizycznie. Ludzie wyrastają w jakimś klimacie – ciepłym albo zimnym. Do niego są przyzwyczajeni. W Europie macie doskonałe systemy ogrzewania. Ale ogólnie jest zimno. I styl życia jest inny. I kultura islamu jest inna niż europejska. Lepiej, żeby każdy mógł mieszkać u siebie. Bycie uchodźcą to nic przyjemnego. To zawsze jest ostateczność.

Kiedy pierwszy raz pomyślał pan o sobie „uchodźca”?
Pamiętam dokładnie ten proces. W 1959 r., 17 marca, uciekłem przed bezpośrednim chińskim zagrożeniem. Uciekałem do południowego Tybetu. Chciałem rozmawiać z chińskimi generałami w Lhasie. Wtedy, 20 marca 1959 r., Chińczycy nas zbombardowali.

Czuł się pan już uchodźcą?
To jeszcze nie było jasne. Nie wiedziałem jeszcze, czy schronić się za granicą, czy zostać w południowym Tybecie. Ale wysłałem swojego przedstawiciela do indyjskiego rządu. Bo nie wiedziałem, gdzie w razie konieczności uciekać – do Indii czy do Bhutanu. Indyjski rząd zdecydował, że przyjmie nas jako uchodźców.

Prawie 60 lat temu.
Jeszcze nie 60. Dokładnie 58. Liczę te lata dokładnie. Mamy z Indiami wyjątkowy związek. Bo buddyzm wywodzi się z Indii. I najpełniej przetrwał w tradycji tybetańskiej. Duchowo Indie zawsze były naszym domem. A od 1956 r. jest to też nasz dom fizycznie. Ministrowie ostrzegali Nehru, że jeśli da nam azyl, pogorszy stosunki z Chinami. Ale się nie przestraszył. Zaoferował nam pomoc. Umożliwił nowoczesne kształcenie, a jednocześnie zachowanie tradycyjnej buddyjskiej wiedzy i kultury. Dzięki niemu, będąc uchodźcami przez te 58 lat, przetrwaliśmy w naszej tożsamości i możemy teraz prowadzić dialog z Zachodem, który zaczął się interesować buddyjską wiedzą o ludzkich emocjach.

Wrósł pan w zachodni krajobraz. Wpływa pan na świadomość Zachodu. Dostał pan Nagrodę Nobla. Spotyka się pan z najpotężniejszymi ludźmi – prezydentami, monarchami, papieżem. Jest pan podziwiany i uważnie słuchany. Ale wciąż jest pan uchodźcą. Świat się przyzwyczaił, że Dalajlama to „ten wspaniały niezłomny uchodźca”.
Ja się nie przyzwyczaiłem. Wciąż marzę o powrocie.

Jak długo można tak marzyć?
To nie jest tylko marzenie. Przecież problem trwa od 1956 r., kiedy Chińczycy zaczęli wywoływać zamieszki we wschodnim Tybecie, a potem w północno-wschodnim. W 1958 r. wkroczyli do centralnego Tybetu. Zaczęli aresztować tybetańskich mnichów i nauczycieli. Zarządzili reformy w swoim stylu. Zaczęli walkę klasową. A my cały czas stosowaliśmy zasadę walki bez przemocy. Nie chcieliśmy rozlewu krwi. W 1974 r. oświadczyliśmy, że nie chcemy niepodległości, chcemy pozostać w Chinach. Chcemy tylko autonomii. Wielu chińskich intelektualistów nas popiera. Ukazało się ponad 10 tysięcy popierających nas artykułów po chińsku pisanych przez Chińczyków.

I nic.
Nie nic. Popiera nas 400 mln chińskich buddystów. I część chińskich przywódców. Ale twardogłowi protestują, nawet kiedy spotykam się z przedstawicielami Unii Europejskiej.

Od lat.
Ale Chiny się zmieniają. 40 lat temu zwalczały wszelkie religie. Dziś już pogodziły się z tym, że 200 mln Chińczyków to chrześcijanie, 400 mln to buddyści, a ponad 100 mln to muzułmanie. Kto teraz mówi A, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]