POLITYKA

Piątek, 31 marca 2017

Polityka - nr 1 (3092) z dnia 2017-01-01; s. 19-21

Świat / Teatr / Temat Roku/Świat

Adam KrzemińskiMarek OstrowskiAdam SzostkiewiczTomasz Zalewski

Prawo serii

Trump w Białym Domu, nowy prezydent Francji, wyborcza weryfikacja Merkel i Brexit w praktyce – wiele może pójść źle w nowym roku. I może się jeszcze okazać, że ten fatalny 2016 r. wcale nie był taki zły.

O prawie serii mówi się, gdy coś bardzo rzadkiego, niespotykanego wydarza się kilkukrotnie w niewielkim odstępie czasu. To się zdarza. Ale kiedy wyrzuca się reszkę kolejny raz z rzędu, pojawia się myśl, że ingeruje tu jakaś nieznana siła.

Tak było ze światem w 2016 r. Według praktycznie wszystkich sondaży referendum w sprawie Brexitu mieli wygrać zwolennicy Unii Europejskiej. Premier David Cameron postawił na to całą swoją, jak dotąd udaną, karierę polityczną. I przegrał. Wówczas, w czerwcu, trudno było sobie jeszcze wyobrazić zwycięstwo Donalda Trumpa w USA. Sondaże może nie były już tak jednoznaczne, ale ten człowiek pogrążał się za każdym razem, gdy otwierał usta. A jednak wygrał.

Wówczas, już przy drugiej reszce, pojawiły się teorie o nowym buncie mas przeciwko establishmentowi. Twierdzenia, że to koniec normalnej polityki. Jeśli jednak spojrzeć na liczby, to ta „fundamentalna” zmiana zaszła nieco przypadkowo. Wygrane zwolenników Brexitu i Trumpa wcale nie były takie przekonujące. Szczególnie w tym drugim przypadku, gdy Hillary Clinton zdobyła blisko 3 mln więcej głosów. W tym sensie sondaże nie kłamały – pokazywały rzeczywisty rozkład opinii. Problem w tym, że dziś już wyborów nie wygrywa ta opcja, która ma większe poparcie, ale ta, która potrafi lepiej zmobilizować swój elektorat.

Z punktu widzenia zwolenników liberalnej demokracji, otwartości na świat czy też europejskiej integracji 2016 r. był fatalny. Ale jeśli powyższe prawo serii przeciągnie się na 2017 r., mogą oni jeszcze zatęsknić za tym, który się właśnie skończył. Bo w nowym roku okazji do wyrzucenia reszki będzie jeszcze więcej.

Ameryka

Loterią będzie niewątpliwie pierwszy rok prezydentury Donalda Trumpa. W Ameryce szok po jego wyborze powoli ustępuje miejsca melancholii z domieszką umiarkowanego optymizmu. Prezydent elekt otoczył się republikańskimi ultrasami, generałami jastrzębiami i ekonomicznymi nacjonalistami, ale wycofuje się z najbardziej radykalnych zapowiedzi z kampanii, jak deportacja nielegalnych imigrantów czy postawienie przed sądem Hillary Clinton. Na przełomie roku dominuje jednak narracja: dajmy mu szansę. Przed zbliżającą się inauguracją (20 stycznia) Trump dysponuje sporym kredytem zaufania.

Na razie cieszą się głównie ekonomiczni i kulturowi konserwatyści, czyli republikański establishment, ale już niekoniecznie biali robotnicy na Środkowym Zachodzie, czyli twardy trzon jego elektoratu. Dzięki republikańskiej większości w Kongresie Trump łatwo przeforsuje obniżki podatków od osób oraz korporacji i dekretami zredukuje regulacje dla biznesu. Może to doraźnie przyspieszyć wzrost gospodarki. Bez trudu obsadzi też wakat w Sądzie Najwyższym, mianując do niego konserwatywnego sędziego, co uszczęśliwi religijną prawicę.

Gorzej z populistycznymi obietnicami, jak inwestycje w infrastrukturę, powstrzymanie ucieczki miejsc pracy za granicę i budowa muru na granicy z Meksykiem. Ponieważ Trump przyrzekł generałom rozbudowę armii, fiskalni konserwatyści z jego partii raczej zablokują wydatki na remonty dróg i mostów, aby nie powiększać deficytu. Z podobnych powodów republikanie nie popierają kosztownego muru, widząc w nim poza tym hamulec napływu taniej siły roboczej z południa.

Więcej powodów do niepokoju ma świat. Jak na razie Trump wyrzeka się amerykańskiego przywództwa – mamy się tylko Ameryki bać. Nominaci prezydenta elekta na sekretarzy stanu: Rex Tillerson i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Michael Flynn, wydają się podzielać jego obojętność na ofensywę Rosji i jej próby wpłynięcia na wynik wyborów w USA. Nie wiadomo, jaki będzie wynik spodziewanego zbliżenia z Moskwą pod rządami Trumpa – czy tylko zniesienie sankcji za aneksję Krymu? – ale nic nie rozprasza na razie obaw, że dojdzie do drugiej Jałty kosztem Ukrainy albo Bałtów (czytaj także na s. 22 i 78).

Trumpiści widzą głównych wrogów Ameryki w Chinach i radykalnym islamie. Oświadczenie Trumpa, że nie czuje się związany polityką „jednych Chin”, w połączeniu z pogróżkami o taryfach na chińskie towary, zapowiada zaostrzenie stosunków z Pekinem, choć w totalną wojnę handlową mało kto wierzy. Flynn, który powiedział, że „lęk przed islamem jest racjonalny”, będzie nalegał na brutalną rozprawę z tzw. Państwem Islamskim. Domagał się też obalenia teokratycznego reżimu w Iranie. Obecność takich osób w otoczeniu Trumpa wskazuje, że na Bliskim Wschodzie będzie gorąco. Chociaż może nie od razu, ponieważ nowy prezydent skupi się, jak słychać, na sprawach krajowych.

Francja

Podobny zwrot do wewnątrz w 2017 r. szykuje się we Francji, która wiosną wybierze nowego prezydenta. Istnieje obawa, choć znów niepodparta sondażami, że zgodnie z prawem serii tamtejsze wybory (pierwsza tura – 23 kwietnia, druga – 7 maja) mogą się skończyć wygraną Marine Le Pen. Tym większa, że ich zwycięzca zwykle otrzymuje też premię w postaci wygranej jego partii ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]