POLITYKA

Piątek, 1 lipca 2016

Polityka - nr 37 (2824) z dnia 2011-09-07; s. 20-24

Raport

Wawrzyniec Smoczyński

Prekariusze wszystkich krajów

Seryjni stażyści, pracownicy tymczasowi, młodzi bezrobotni. W Europie rośnie nowa klasa społeczna bez perspektyw na dobrobyt i awans. Istnieje także w Polsce i ma już swoją nazwę: prekariat.

Polsce wyrosło pierwsze syte pokolenie. Jak wynika z rządowego raportu „Młodzi 2011”, Polacy między 15 a 34 rokiem życia upodobniają się do rówieśników z Europy Zachodniej: są otwartymi hedonistami i namiętnymi konsumentami dóbr, mają luźny stosunek do instytucji małżeństwa, pielęgnują swój indywidualizm, ale chcą też być użyteczni dla ogółu. Relacje z ludźmi cenią na równi z wysokim poziomem życia. Mają wielkie ambicje: chcą mieć dużo pieniędzy, dobre wykształcenie i wysoki prestiż, ale też ciekawą pracę, wartościowe przyjaźnie, barwne życie, a z czasem udaną rodzinę. Już teraz młodzi czerpią z życia pełnymi garściami, a oczekują od niego znacznie więcej.

Za filar przyszłego dobrobytu i szczęścia uznają pracę, ale ze znalezieniem zatrudnienia i zdobyciem dobrej posady mają rosnący kłopot. Młodzi Polacy między 18 a 34 rokiem życia stanowią ponad połowę zarejestrowanych bezrobotnych, a bezrobocie wśród młodzieży jest dwukrotnie wyższe od średniej. Połowa zatrudnionych nie pracuje w wyuczonym zawodzie, a studia wyższe nie gwarantują już etatu ani dobrej pozycji społecznej. 62 proc. młodych chałturzy na umowach tymczasowych, nowicjusze na rynku pracy zaczynają od darmowych staży, często przypominających pracę etatową. Jak pisze autorka raportu prof. Krystyna Szafraniec, „młodzi ludzie zostali złapani w pułapkę tymczasowych form zatrudnienia”.

Czym to grozi, pokazuje przykład Europy Zachodniej. Podczas gdy młodzi Polacy wciąż mają nadzieję na dobrobyt i awans, ich rówieśnicy we Francji, Hiszpanii i Grecji powoli ją tracą. Nad krajami rozwiniętymi zawisła groźba straconego pokolenia, pierwszego od II wojny światowej, któremu może powieść się gorzej niż poprzedniemu. Zwiastunem kryzysu społecznego są wybuchające od kilku lat niepokoje z udziałem młodych: płonące przedmieścia Paryża, bitwy uliczne w centrum Aten, masowe demonstracje w Madrycie, a ostatnio zamieszki w Londynie. Warszawie takie sceny jeszcze nie grożą, ale Polska wchodzi w tę samą ślepą uliczkę.

Niepewni jutra

Młodzi są największymi ofiarami kryzysu gospodarczego. Bez pracy jest dziś 20,4 proc. Europejczyków między 15 a 24 rokiem życia, którzy chcieliby podjąć zatrudnienie, o jedną trzecią więcej niż w 2008 r. Ponad 5 mln młodych ludzi nie jest w stanie nawet wejść na rynek pracy, a bezrobocie w tej grupie utrzymuje się na rekordowym poziomie pomimo trwającego drugi rok ożywienia gospodarczego. Unijna średnia jest i tak optymistyczna, bo maskuje skrajne wskaźniki dla poszczególnych krajów: w Hiszpanii bez pracy jest 42 proc. młodych, w krajach nadbałtyckich, Grecji i Słowacji – ponad 30 proc., w Polsce, na Węgrzech, we Włoszech i Szwecji – ponad 20.

Jeśli młodzi znajdą pracę, coraz częściej jest ona czasowa. Tutaj prym wiodą Słowenia i Polska, gdzie na umowach tymczasowych pracuje ponad 60 proc. zatrudnionych poniżej 25 roku życia. Niewiele lepiej jest we Francji, Niemczech, Szwecji, Hiszpanii i Portugalii, gdzie ten odsetek przekracza 50 proc. Praca czasowa jest zrozumiała na początku kariery zawodowej, ale ta forma zatrudnienia staje się normą dla młodych, niezależnie od stażu. Po upływie jednej umowy pracodawca oferuje kolejną, wymuszając przyjęcie niskiej pensji w zamian za mglistą obietnicę stałego zatrudnienia. Wydłużają się staże i praktyki, będące formą pracy darmowej.

Zaniżanie płac młodych jest powszechne w Hiszpanii, Francji i Portugalii. Pracujący Hiszpanie między 16 a 19 rokiem życia otrzymują 45,5 proc. płacy dorosłych, ci między 20 a 24 rokiem – 60,7 proc. Wypadkową niskich płac jest rosnący odsetek tzw. pracujących biednych, którzy mimo zatrudnienia nie są w stanie się utrzymać. Najwyższy jest w Rumunii (17,9 proc.) i Grecji (13,8 proc.), dalej w Hiszpanii (11,4 proc.), na Łotwie (11,1 proc.) i w Polsce (11 proc.). Wszędzie wzrasta udział zatrudnionych czasowo lub na niepełny etat. 27,6 proc. młodych Europejczyków pracuje w niepełnym wymiarze, gdyż nie mogli znaleźć pełnego etatu.

Tę różnorodną grupę ludzi łączy niepewność jutra, która nie pozwala niczego planować, i płaca tak marna, że nie stać ich na godne życie. Precarius znaczy po łacinie „zdany na prośbę, łaskę” (patrz ramka), a prekariusz to w dzisiejszej socjologii człowiek zawieszony między dobrobytem a biedą, pozbawiony bezpieczeństwa materialnego i stale zagrożony upadkiem społecznym. – Na naszych oczach rodzi się nowa globalna klasa społeczna – mówi Guy Standing, profesor bezpieczeństwa ekonomicznego na uniwersytecie w Bath i autor książki „Prekariat”.

Pięć lat temu niemiecka lewica zamówiła badanie demograficzne, mające pomóc uchwycić jej elektorat. – Stare podziały na klasy i warstwy przestały precyzyjnie opisywać rzeczywistość, więc zaczęliśmy grupować respondentów według wyznawanych wartości i postaw życiowych – mówi Rita Müller-Hilmer z instytutu TNS Infratest w ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Skąd prekariat?

Słowo prekariat pochodzi od łacińskiego precarium, jak w średniowieczu określano ziemię wydzielaną na prośbę biednym chłopom, która podlegała zwrotowi na każde żądanie, oraz proletarius, jak Rzymianie nazywali obywateli najniższej klasy. Dla Karola Marksa proletariat był wyzyskiwaną częścią klasy robotniczej, która nie posiadała środków produkcji i utrzymywała się wyłącznie z własnej pracy. Francuscy socjologowie ukuli jeszcze szerszy termin salariat na określenie grupy pracowników żyjących z pensji (franc. salaire). Prekariat, jak widzą go dzisiejsi socjologowie, to grupa wyzyskiwana w gospodarce usługowej: zatrudniona na niepewnych umowach, za płacę niepozwalającą się utrzymać ani planować przyszłości.

Dajmy wszystkim dochód

Rozmowa z prof. Guyem Standingiem, autorem książki „Prekariat” i byłym dyrektorem programu bezpieczeństwa ekonomicznego w Międzynarodowej Organizacji Pracy

Czy prekariat jest już klasą społeczną?
Na pewno jest klasą w budowie. Wyłania się jako grupa o wspólnej tożsamości, wspólnym poczuciu zagrożenia i utraconej kontroli nad własną przyszłością. To nie jest niechciana podklasa, tylko pożądany efekt działania globalnego kapitalizmu, któremu była potrzebna elastyczna klasa, adaptująca się do zmiennej podaży pracy.

Jak można powstrzymać jej wzrost?
Na początek politycy muszą usłyszeć obawy, które podnosi prekariat, i zacząć myśleć o problemach tej grupy. Każda wielka transformacja, jak rozumiał je Karl Polanyi, polegała na walce nowej, wschodzącej klasy o sprawiedliwszą redystrybucję kluczowych zasobów społeczeństwa. W społeczeństwie przemysłowym chodziło o to, by proletariat otrzymał większy udział w zyskach i większą kontrolę nad środkami produkcji. Dziś żyjemy w innym systemie i trzeba zapytać, jakich zasobów brakuje prekariatowi, by jego członkowie mogli budować sobie dobre życie.

Jakich?
Pierwszy i najważniejszy to poczucie bezpieczeństwa. Dlatego popieram ideę wprowadzenia powszechnego dochodu podstawowego, wypłacanego co miesiąc każdemu obywatelowi. Drugim, czego prekariusze nie mają, jest dostęp do kapitału finansowego. Jesteśmy dziś gospodarkami rentierskimi – produkcja odbywa się w innych częściach świata, a dobrobyt krajów europejskich opiera się na kapitale finansowym, tyle że on należy dziś do niewielkiej elity. Potrzebujemy systemu, który podzieliłby go między społeczeństwo i pozwoliłby oddać prekariatowi należną mu rentę.

Chce pan zabrać bogatym i oddać biednym?
Niewielka mniejszość w naszych społeczeństwach pławi się w poczuciu bezpieczeństwa, tymczasem prekariat nie ma go wcale.

Nie tylko wśród biednych rośnie świadomość, że czas zacząć redystrybuować zyski z kapitału finansowego. Po niedawnej deklaracji Warrena Buffetta, że bogaci powinni płacić więcej, grupa francuskich miliarderów zażądała, by ich mocniej opodatkować. Drugie możliwe źródło to świadczenia i ulgi, które wędrują głównie do klasy średniej i wielkich korporacji. Jeśli przeniesiemy te pieniądze do funduszu dochodu podstawowego, to nie tylko będziemy w stanie go wypłacać, ale zamożni też dostaną swój równy udział.

Czy to będzie jeszcze kapitalizm?
Oczywiście, że tak. Dochód podstawowy nie tylko nie jest sprzeczny z gospodarką rynkową, ale podnosi jej wydajność. To zresztą powód, dla którego wielu liberalnych ekonomistów, wśród nich Milton Friedman na krótko przed śmiercią, poparło naszą inicjatywę. Jeśli mamy poczucie podstawowego bezpieczeństwa materialnego, nasze wybory są mądrzejsze i rozważniej wydajemy pieniądze. Zmniejszenie nierówności sprzyjałoby wzrostowi, rozwojowi i stabilności.

Czy polskim 30-latkom grozi los straconego pokolenia? Dyskutuj na: www.polityka.pl/debata