POLITYKA

Wtorek, 30 maja 2017

Polityka - nr 30 (3069) z dnia 2016-07-20; s. 12-15

Temat tygodnia

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Prezes według prezesa

Jarosław Kaczyński nie tylko stawia pomniki swemu bratu, zaczął je budować także sobie. Jeszcze nie ze spiżu, na razie ze słów. Jego autobiografia to poza wszystkim pożyteczna lekcja dla dzisiejszych polityków opozycji.

Ukazała się zapowiadana od dawna polityczna autobiografia prezesa PiS „Porozumienie przeciw monowładzy. Z dziejów PC” (swoją drogą pierwsza część tytułu to niezłe motto dla Schetyny i Petru). Czterystustronicowe dzieło zatrzymuje się na 2001 r., co znaczy, że kolejne tomy nadejdą. Ale i ten pierwszy mówi wiele o Jarosławie Kaczyńskim – przez to, co napisał, ale też, co przemilczał.

Linią przewodnią autobiografii jest prezentowana na różne sposoby wizja: byli dwaj bliźniacy i reszta. Książkę otwiera zdanie: „Polityka zaczęła się dla mnie i Leszka w marcu 1968 roku”. I tym ściegiem – Ja i Brat – idzie cała opowieść, choć bywały okresy, gdy aktywność braci się rozmijała, a też oddalenie (Leszek mieszkał przez wiele lat na Wybrzeżu, Jarosław cały czas w Warszawie) nie sprzyjało częstym kontaktom. Niemniej książka te okoliczności niejako przeskakuje, gdyż autor (zapewne był też jakiś ghostwriter) cały czas równolegle opowiada, co robi brat bliźniak. Dla czytelników może być jednak sporym rozczarowaniem, że ta biografia prawie nie zawiera wątków osobistych, rodzinnych, szkolnych, studenckich.

Dowiadujemy się zatem od razu – i tak poznajemy bohatera – że Jarosław Kaczyński działa w opozycji w końcu lat 70., i o tym, że podobnie działa Leszek w tzw. Wolnych Związkach, a potem podczas strajków stoczniowych. I niemal natychmiast Jarosław zauważa, że Leszek „nie tylko nie był w najlepszych stosunkach z Wałęsą, ale też nie chciał się dać przekupić”, bo tak zostały odebrane słowa Wałęsy: „jak masz jakiś kłopot, to przyjdź do mnie, jak do ojca”. W dodatku czytamy: „Leszek naraził się jeszcze w stoczni doradcom z Mazowieckim na czele. Powtarzam, miał ciężko”. O co tak dokładnie chodziło, nie wiadomo, choć od kilkunastu lat Jarosław Kaczyński próbuje budować legendę, że jego brat – choć nie wskazują na to żadne historyczne dowody – był bez mała równoważny Wałęsie i tzw. wielkim doradcom Solidarności, tyle że miał inną koncepcję programową. Ale to on w zasadzie zarządzał związkiem. (Wałęsa już odpowiedział na te uzurpacje w swoim stylu: trzymałem przy sobie Lecha jako posłusznego wykonawcę).

Lata 80., po Grudniu, są opowiedziane w podobnym tonie, a zaczynają się od internowania Leszka i nieinternowania Jarosława, co – zdaje się – nadal pozostaje źródłem jego jakiegoś kompleksu. Stwierdza w książce, że esbecy proponowali mu internowanie, ale odmówił i napisał stosowne odmawiające oświadczenie (co wydaje się kompletnie niewiarygodne). Niemniej bracia działali w podziemiu, mamy kronikę tej aktywności, przy czym Jarosław lubi podkreślać niejako zwierzchnią wobec niego pozycję Leszka, typu: Leszek polecił czy przekazał mi polecenie. Charakterystyczne, że Lech z kolei lubił powtarzać, że prawdziwym mózgiem politycznym jest Jarosław. Ich skomplikowane relacje rodzinno-polityczne, gdyby miały miejsce w kraju o większym, globalnym znaczeniu, stałyby się bez wątpienia światowym fenomenem.

Leszek i ja

Autor nie pisze tego wprost, ale nie ulega wątpliwości, że po kilkunastu latach przecierania się i po intensywnym doświadczeniu Okrągłego Stołu u braci bliźniaków (a zwłaszcza u jednego) zaczęły nasilać się ambicje polityczne i przekonanie, że polityka jest bezwzględną grą, w której liczy się tylko wygrana. Zatem bez żadnego zawstydzenia zaczął przymierzać się do najwyższych pozycji i ról dla siebie i dla brata, najpierw dyskretnie, a potem jawnie i wprost. I skutecznie. Jarosław uważał porozumienia Okrągłego Stołu – twierdzi, że od początku – za wymuszoną taktykę: „Dla Leszka i dla mnie (wciąż ta ulubiona figura stylistyczna książki) »okrągły stół« był czymś, co przypominało grę Józefa Piłsudskiego w czasie pierwszej wojny światowej. Nie odrzucił on deklaracji dwóch cesarzy, choć nie była satysfakcjonująca, przeciwnie – uznał ją za krok, który służył polskiej sprawie, wnosił ją na arenę międzynarodową”.

Gdy rodziła się idea rządu z pierwszym niekomunistycznym premierem, bliźniacy, a przede wszystkim Jarosław, byli w swoim żywiole. Rząd solidarnościowy jak najbardziej tak, ale nie pod kierownictwem Bronisława Geremka. Przy okazji autor książki nie kryje, że po prostu go nie lubił, że zawsze walczył z jego „monopolistyczną” pozycją w podziemnej Solidarności, uważał go za krypto- czy postkomunistę. Nie szczędzi mu złośliwości. Monopol Geremek-Michnik-Kuroń miał ponoć dogadać się z „czerwonymi”, a zwłaszcza z Aleksandrem Kwaśniewskim, zyskać sympatię Amerykanów i akceptację Rosjan. I przejąć władzę nad Polską, przekształcając ruch Solidarności w podległą im lewicową partię polityczną (Polską Partię Solidarności – PPS).

Nic dziwnego więc, że o Adamie Michniku miał – jak twierdzi, już wtedy – negatywną opinię. Po jakiejś ich rozmowie w 1989 r. stwierdził: „on ciągle żyje w świecie tradycyjnej lewicy, szczególnie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]